Saska Kępa czyli "Państwo w Mieście"

Przeglądając strony internetowe poświęcone Saskiej Kępie znalazłem na jednej z nich serię wpisów pod wspólnym tytułem "Jedyna w swoim rodzaju Saska Kępa czyli miasto w mieście". Po ich przeczytaniu zdecydowałem się napisać parę słów swoich impresji na temat Kępy "podnosząc poprzeczkę o jeden ząbek". Stąd też ten tytuł "Saska Kępa czyli państwo w mieście". Nim jednak przejdę do sedna sprawy trochę osobistej historii.

Urodziłem się na Saskiej Kępie przed samym końcem wojny. Tam chodziłem do prywatnego przedszkola u p. Medalisowej na ul. Berezyńskiej, potem na "komplety" (cos w rodzaju klasy wstępnej) do p. Rogowskiej, na parterze tego samego domu co przedszkole, następnie do "Baraków" (nieistniejącej już szkoły podstawowej nr 143 na Zwycięzców przy pl. Przymierza), a z "Baraków" przeniosłem się po roku do pięknej, nowo wybudowanej szkoły na Zwycięzców 7/9 przy Wale Miedzeszyńskim. Szkoła ta mieściła wówczas "podstawówkę" - TPD 17 oraz "ogólniak" - TPD 6, nazwany później Liceum Ogólnokształcącym nr XXXV imienia Bolesława Prusa. U Prusa w 1961 roku zdałem maturę.

Na Kępie, w kościele na Nobla (o którym parę słów później) byłem ochrzczony i bierzmowany, tam też przyjmowałem pierwszą komunię. Później, pod czujnym okiem księdza Gniewniaka, który organizował dla młodzieży obozy kajakarskie i narciarskie oraz zabawy taneczne, służyłem w tym kościele do mszy. Nie wyrosłem jednak na "dobrego katolika", bo obecnie rzadko chodzę do kościoła.

Moi rodzice mieszkali na Kępie (na ul. Lipskiej) jeszcze przed wojną i brali ślub w kościele na Nobla. Kościół ten był jednak wówczas drewniany i dużo mniejszy niż obecnie. Pamiętam jego przebudowę na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, w której pomagali saskokępscy parafianie, włącznie z moim wujem, który zabierał mnie czasem ze sobą na te roboty.

Żonę (Jolę) mam też z Saskiej Kępy - jej rodzice, tak jak i moi, pobrali się na Kępie i mieszkali tam od przed wojny. Kiedy poznałem Jolę, mieszkałem wraz z rodzicami i siostrą Basią na Walecznych róg Irlandzkiej a Jola, też z rodzicami i siostrą Iwoną na Obrońców róg Styki. Jola chodziła początkowo do żeńskiej szkoły im. Marii Curie-Skłodowskiej na ul. Obrońców, a potem przeniosła się do Prusa, gdzie rok po mnie zdała maturę. Mój ojciec wynajmował wówczas na Styki - naprzeciwko domu, w którym mieszkała Jola - garaż, w którym trzymał swoja starą, czarną "Cytrynę" (Citroena BL11 a potem 15CV), a ja przychodziłem tam często, aby "wyprowadzić ojcu samochód z garażu". Mając 15 lat uzyskałem prawo jazdy (podając na kursie w Pałacu Kultury o rok wcześniejszą datę urodzenia) "rozbijałem się" tą "Cytryną" po Kępie, wożąc nią wszystkich możliwych kolegów i koleżanki.

W późnych latach pięćdziesiątych i latach sześćdziesiątych, mimo panującej komuny, Saska Kępa tętniła swobodnym życiem. Młodzież spotykała się codziennie w "Sułtanie" (kawiarence znajdującej się w suterenie na Obrońców przy Katowickiej, obecnie działającej pod nazwą "Maska"), a prawie w każdą sobotę chodziło się gdzieś na "prywatki". Ubrania (głównie amerykańskie) kupowało się "na ciuchach" - bazarze znajdującym się wówczas na Pradze przy ul. Skaryszewskiej, a słuchało się i tańczyło głównie Rock-and-Roll-a (Bill Haley, Elvis Presley, Paul Anka, Neil Sedaka, Fats Domino, Jerry Lee Lewis, etc.). Muzykę tą nadawało wówczas z Londynu "Radio Luxemburg - Your station of the stars", które komuniści starali się zagłuszać ale my przy użyciu dostępnych już wtedy NRD-owskich magnetofonów "Shmaragd" lub czeskich "Tesla" i tak nagrywaliśmy ją sobie na taśmy. Płyty z muzyką rock-end-roll-ową dostawali także czasem koledzy czy koleżanki od rodzin mieszkających "na zachodzie". Te płyty krążyły wówczas po całej Kępie.

Była to też era skuterów. Najbardziej pożądane były "Vespy" i "Lambretty". Ja miałem używaną srebrną Vespę 150 GS, na której froncie widniała nalepka z włoskim sloganem "Donne e motori, gioia e dolori" (kobiety i pojazdy to radości i zmartwienia). O prawdziwości tego sloganu sam się przekonałem bo moja stara Vespa często się psuła więc musiałem ją reperować ale za to jak już na niej jechałem to dziewczyny wodziły za mną oczami. "Skuterzyści" szaleli na swych dwóch kółkach (a czasem tylko jednym, bo dla "szpanu" stawało się dęba i jechało tylko na jednym kole) po całym mieście, a punktem startowym do wszystkich tych "rajdów" był oczywiście "Sułtan" skąd zabierało się najładniejsze dziewczyny.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.