Z pamiętnika chłopaka ze starej Kępy, który ruszył w świat...

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak dawniej wyglądało życie na Saskiej Kępie? Jeśli nie, tylko u nas możecie zapoznać się z historią życia Witka Wilewskiego, który przelał na papier to, co na Kępie najpiękniejsze.

Saska Kępa kojarzy mi się nierozerwalnie z latami mojej młodości, a że młodość to najpiękniejszy okres w życiu człowieka, tak więc ten mały skrawek ziemi nad Wisłą będzie miał zawsze dla mnie specjalne znaczenie.

Urodziłem się na Kępie przed samym końcem wojny. Moi rodzice mieszkali tam (na ulicy Lipskiej) jeszcze przed wojną i brali ślub w starym drewnianym kościółku na Nobla. Przez całe dzieciństwo, lata szkolne, okres studiów, a także pierwsze dziesięć lat własnego życia rodzinnego mieszkałem na Saskiej Kępie. Początkowo, jako malutkie dziecko, wraz z rodzicami i siostrą Basią na Irlandzkiej, potem na Walecznych przy rogu Irlandzkiej, a na końcu wraz z żoną i synem na Zakopiańskiej u wylotu Szczuczyńskiej. Później losy rzuciły mnie za granicę. Wyjechałem jako inżynier na dwa kolejne kontrakty do Libii. Z tego drugiego kontraktu nie wróciłem już jednak nigdy na stałe na Kępę, głównie z powodu wprowadzenia w Polsce “stanu wojennego” wtedy, kiedy mnie kończył się akurat ten kontrakt. Z Libii wyjechałem wraz z całą rodziną do Kanady i od ponad trzydziestu lat wszyscy troje żyjemy w Toronto. Ja uważałem się jednak i nadal uważam za Warszawiaka z Kępy.

Z mego okresu młodości pozostało mi w pamięci wiele wspomnień związanych z Kępą, którą odwiedzam zawsze przy okazji mych prawie corocznych wizyt w Polsce. Polska, Warszawa, a także i Saska Kępa zmieniły się pod wieloma względami podczas mojej nieobecności. Stara Kępa zmieniła się jednak chyba najmniej. Aby zachować obrazy i wrażenia z czasów mej młodości, a także moich późniejszych wizyt na Kępie postanowiłem, póki dopisuje mi pamięć, ‘’przelać na papier’’ trochę tych moich wspomnień.

Saska Kępa, leżąc po prawej (wschodniej) stronie Wisły i w pewnym sensie na uboczu miasta, ucierpiała stosunkowo mało w czasie wojny. Mimo tego, na wielu sasko-kępskich domach, widniały ślady pocisków. Niektóre budynki uległy częściowemu, a nawet całkowitemu zburzeniu. Były to jednak znikome straty w porównaniu do zniszczeń, jakim na skutek niemieckich bombardowań, walk podczas Powstania Warszawskiego oraz paleniu miasta przez Niemców po jego zdławieniu, uległa lewobrzeżna Warszawa. Tak więc, już od zakończenia wojny, Warszawiacy mieszkający na Kępie, a była to przeważnie inteligencja, byli w pewnym sensie uprzywilejowani. Mieszkali bowiem w dość dobrych, jak na tamte czasy warunkach. Dzieci z Kępy nie musiały się bawić na gruzach zburzonych domów, bo ulice były tu czyste i zielone, a pod nosem miały wciąż dobrze zachowany, duży Park Skaryszewski. My jednak, jak to dzieci, lubiliśmy włazić w najrozmaitsze dziury i zakamarki. Pamiętam, że przy rogu Saskiej i Walecznych (po północno-wschodniej stronie) był wielki lej po bombie, a pomiędzy ulicą Francuską i Dąbrówki niedaleko dawnej willi znanej przedwojennej śpiewaczki Ewy Bandrowskiej-Turskiej, znajdował się pusty plac z dziurą w ziemi. Tam właśnie, bawiłem się najczęściej z moimi wówczas najbliższymi, mieszkającymi w pobliżu mnie kolegami z Kępy - Michałem Glińskim i Leszkiem Przybytkowskim. Tam też popełniałem pierwsze dziecięce grzechy - takie jak choćby palenie papierosów.

Najtańszymi i jednocześnie najpopularniejszymi papierosami były wówczas Sporty opakowane w ordynarny biały papier z czerwonym nadrukiem ich nazwy. Najdroższymi natomiast były Belwedery - papierosy z ustnikami sprzedawane w eleganckim pudełku z obrazkiem warszawskiego Belwederu na jego wierzchu. Sprzedawano też droższe od Sportów, ale tańsze od Belwederów, papierosy bez ustników o nazwie Lotnik opakowane w pudełko z obrazkiem samolotu. Na boku tego pudełka był napis 20 PAPIEROSÓW B/U. Papierosy te pozostały mi szczególnie w pamięci właśnie z uwagi na pudełko. Było ono bowiem szyfrem do mocnego, jak na tamte czasy, politycznego dowcipu. Brzmiał on następująco (zaczynając od numeru 20 i rozwijając w słowa pierwsze litery napisu na pudełku, a kończąc na obrazku samolotu): 20 Października Amerykanie Przylecą i Europę Rosji Odbiorą, Stalinowi Ó(o z kreską czyli u)tną Wąsy, Bierut Ucieknie (patrz obrazek) Samolotem. Za taki dowcip można było wtedy iść do więzienia, ale my, będąc jeszcze dziećmi, nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Mimo tych młodzieńczych prób potajemnego palenia papierosów, ja szczęśliwie nie wpadłem nigdy w ten nałóg.

W letnie niedziele rodzice zabierali nas często do Parku Skaryszewskiego, gdzie na trawie graliśmy w piłkę lub jeździliśmy na rowerach po jego alejkach. Do parku zabierała nas także w dni powszednie pani Medalisowa, która w swym mieszkaniu na drugim piętrze domu na ulicy Berezyńskiej (w pobliżu Alei Waszyngtona) prowadziła małe prywatne przedszkole, do którego i ja przez dwa lata uczęszczałem. W parku znajdował się wówczas klub Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS) z kortami tenisowymi zamienianymi w zimie na dostępne dla wszystkich, za niedużą opłatą, lodowisko. My dzieci nie graliśmy jednak w tenisa, przyglądaliśmy się jedynie jak grali starsi. Za to w zimie prawie wszyscy chodziliśmy na AZS na łyżwy. Zimy w Warszawie były wówczas na tyle mroźne, że naturalne lodowisko AZS-u funkcjonowało zwykle nieprzerwanie od grudnia do marca. Kiedy jednak na AZS-ie odbywały się jakieś oficjalne imprezy i lodowisko było zamknięte dla publiczności, jeździliśmy na łyżwach po zamarzniętym parkowym stawie lub też po Jeziorku Kamionkowskim. Później, będąc już w liceum, zapisałem się wraz z mym kolegą Piotrkiem Kamieńskim do sekcji hokejowej AZS-u. Nie wytrwaliśmy tam jednak zbyt długo, ponieważ z wiekiem rozrywki wzięły u nas górę nad sportem.

Na Wiśle po stronie Kępy, w pobliżu Mostu Poniatowskiego przycumowany był w lecie drewniany basen z dnem w postaci wielkiego kosza, tak że przepływała przez niego rzeczna woda. Dzieci z Kępy, łącznie ze mną i moimi szkolnymi kolegami, chodziły się tam kąpać. Woda w Wiśle była jeszcze wtedy całkiem czysta, więc żadnemu z nas, nigdy te kąpiele nie zaszkodziły. Przy Wale Miedzeszyńskim, po stronie Wisły pomiędzy Zakopiańska i Paryską (mniej więcej tam gdzie obecnie przebiega Trasa Łazienkowska) stał od czasów przedwojennych budynek dawnego stowarzyszenia Y.M.C.A. (pełna angielska nazwa to Young Men's Christian Association), w którym po wojnie działał klub wioślarski i inne sekcje sportowe. Ja chodziłem do "Imki" (jak to my wciąż na ten klub mówiliśmy), głównie po to, aby pograć w ping-ponga. Na początku lat 50. władze dzielnicy Praga-Południe, do której formalnie należała Saska Kępa, otworzyły także na Kępie Ogródek Jordanowski. Znajdował się on pomiędzy ulicami Walecznych, Nobla oraz Saską i graniczył z terenem kościoła. Były w nim huśtawki, bieżnia i skocznia, boisko piłkarskie, mała górka do zjeżdżania w zimie na sankach lub nartach, a także stół pingpongowy w niedużym baraku służącym także jako świetlica i biuro. Tam też często się bawiliśmy. W ciepłe, letnie dni wolne od szkoły, robiliśmy czasem wycieczki w kierunku lotniska szybowcowego na Gocławku, dochodząc przez rozciągające się wówczas na południe od ulicy Zwycięzców i porośnięte zbożem pola aż do tzw. Wału Szwedzkiego (oficjalnie Gocławskiego), przy którym stała mała kapliczka z posągiem Matki Boskiej, podobna do tej, znajdującej się w Parku Skaryszewskim. To był już koniec naszego sasko-kępskiego świata.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.