13 aktualna temperatura 2 °C
ciśnienie 1030 hPa pm2.5 8 μg/m3
Wspaniałe powietrze! wilgotność 91% pm10 9 μg/m3

Z pamiętnika chłopaka ze starej Kępy, który ruszył w świat...

Jeśli chodzi o sklepy i punkty usługowe na Kępie, to było ich w latach 50. kilkanaście i zaspakajały one podstawowe potrzeby jej mieszkańców. Niektóre z nich funkcjonują do dziś. Apteka, którą prowadziła wraz z córką pani Aleksadrowiczowa, babcia moich kolegów Jurka i Jacka Olszewskich, znajdowała się na rogu Francuskiej i Obrońców. W domu tym mieściła się także ciastkarnia pani Grucowej. Po zakupy żywnościowe chodziło się do Pakulskich na drugi róg Francuskiej i Obrońców lub do Brejta na Francuską w pobliżu Walecznych. Po drugiej stronie Francuskiej, naprzeciwko sklepu Brejta, był także sklep monopolowy. Usługi fryzjerskie dla pań i panów prowadził w swoim zakładzie, mieszczącym się na parterze domu stojącego na rogu Francuskiej i Walecznych pan Uliński. Zakład fotograficzny mieścił się w garażu na Francuskiej, kawałek za salonem fryzjerskim. Należał on do rodziców mojej koleżanki Ewy Kosińskiej. Szklarz, z nieodłącznym papierosem w ustach, któremu pomagała w pracy żona, miał warsztat w drewnianej budzie schowanej z tyłu za domami na Berezyńskiej pomiędzy Francuską i Elsterską. Stolarz pan Rosłonek, który zatrudniał pracownika Karola, znajdował się we wcześniej wspomnianym drewniaku na rogu Dąbrówki i Walecznych. Jeden rzeźnik był na Walecznych w ceglanym domu inżyniera Przytulskiego, a drugi na Francuskiej, w pobliżu sklepu rybnego. Pamiętam jednak, że ten na Francuskiej sprzedawał głównie koninę. Zieleniaki znajdowały się na Walecznych, Zwycięzców i w kilku innych jeszcze miejscach Kępy. Na Kępie można też było kupić mleko prosto od krowy, jako że na południowo-wschodnim rogu Zwycięzców i Placu Przymierza, na małej górce (tam, gdzie później było kino Sawa, a teraz stoi duży budynek apartamentowy) stała drewniana chałupa, której mieszkańcy prowadzili gospodarstwo z dobytkiem w postaci mlecznej krowy. Na Walecznych, na przeciwko domu w którym mieszkałem, był skład węglowy, z którego rozwożono węgiel do indywidualnych domów na Kępie, jako że były one wówczas ogrzewane za pomocą pieców węglowych. Węgiel był przywożony do składu transportem konnym, a rozwożony przez indywidualnych sprzedawców takich jak Szczepanik. Miał on drewnianą dwukółkę, do której się sam zaprzęgał. Innym dystrybutorem był Zaleski, inwalida z drewnianą nogą, który też miał dwukółkę, ale już z koniem. Jeżdżąc tą dwukółką Zaleski wystawiał zawsze swoją drewnianą nogę do przodu jak armatę. Przez pewien czas po wojnie, na pustym placyku koło starej warszawskiej rogatki stojącej przy rogu Saskiej i Zwycięzców, odbywał się także targ, na który z pobliskich podwarszawskich wsi przyjeżdżały na Kępę baby z kurami, nabiałem i owocami na sprzedaż. Niektórzy wieśniacy mieli jednak na Kępie swoich stałych klientów, do których przychodzili co tydzień ze swym towarem. Do nas np. przychodził co czwartek Salak, chłop ze wsi Jadów, od którego moi rodzice kupowali jajka, masło, biały ser itp. produkty. Po Kępie chodzili też uliczni sprzedawcy różnych towarów i usług. Jednym z nich był mężczyzna sprzedający żywe raki z niesionego na ramieniu wiklinowego kosza. Chodził on po ulicach i wołał raki, raki, raki. Małe dzieci lubiły go przedrzeźniać, ale ponieważ nie mówiły jeszcze r, więc wychodziło z tego jaki, jaki, jaki. Innym był uliczny mistrz lutowania, który reklamował swoje usługi wołając: blaachaarz lutujje, reperujje, stare garnki, kotły, wanny, lutujje – do luttowanija, do reperacjii, luttoować, reeperować!

Tak jak wspomniałem wcześniej, większość mieszkańców powojennej Kępy stanowiła inteligencja. W pobliżu nas, na Walecznych, mieszkało np. kilku lekarzy (dr Biske w naszym domu, dr Gruchalski, naprzeciwko i dr Wejroch kilka domów dalej), a także paru inżynierów i prawników. Na ulicach Kępy można było spotkać emerytowanego pana Sędziego, który był przyjacielem dzieci i zawsze miał dla nich cukierki oraz coś miłego do powiedzenia. Do dziś pamiętam jego lekko przygarbioną korpulentną postać podpierająca się stylową laseczką oraz zawsze uśmiechniętą twarz z zakręconymi do góry wąsami, binoklami na nosie i nieodłącznym rondelkowym kapeluszem na głowie. Na ówczesnej Kępie mieszkali także ludzie świata artystycznego tacy jak aktor Jan Kobuszewski, który za młodu robił przedstawienia dla dzieci szkolnych z Baraków czy też malarz Jan Cybis, ojciec moich kolegów Jacka i Janka. Na starej Kępie nie brakowało jednak też i żulików. Na rogu Francuskiej i Walecznych, po przeciwnej stronie do zakładu fryzjerskiego pana Ulińskiego stała zielona budka z piwem, gdzie oni przeważnie się spotykali. Ta budka została później przeniesiona na róg Francuskiej i Obrońców. Prowadził ją facet nazywany przez swych klientów Floryda. Słyszałem kiedyś, jak kilku podchmielonych żulików składało u niego zamówienie – Florydo, ty chamie, daj cztery piwa. Po kilkunastu latach ta budka, tak zresztą jak i inne warszawskie budki z piwem, została w ogóle zlikwidowana. Część sasko-kępskich żulików pochodziła z przyzwoitych rodzin mieszkających na Kępie od czasów przedwojennych, lecz wykoleili się oni przez alkoholizm lub temu podobne niefortunne skrzywienia życiowe. Inni wprowadzili się na Kępę po wojnie wraz z rodzinami na zasadzie nakazów kwaterunkowych lub też tam pracowali. Do tej pierwszej grupy należał np. Andrzej Przytulski - ksywka Angor, młodszy syn inżyniera Przytulskiego. Miał on duży talent muzyczny i już jako młodego chłopca rodzice posyłali go do szkoły muzycznej na lekcje gry na pianinie i akordeonie. Pamiętam, że grał on bardzo ładnie na obu tych instrumentach. Angor wpadł jednak później w złe towarzystwo oraz alkoholizm, co w efekcie doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci. Starszy syn inżyniera Przytulskiego - Tadek też początkowo przebywał w nieciekawym towarzystwie i można go było spotkać często przy budce z piwem. Z czasem jednak zajął się on w garażu ojca naprawą starych samochodów i ewentualnie założył tam warsztat blacharski, który przez wiele lat całkiem nieźle prosperował. Ceglany dom inżyniera Przytulskiego zburzono jednak kilkanaście lat temu i postawiono na jego miejscu nowoczesny apartamentowiec. Do drugiej grupy sasko-kępskich żulików należał np. Stasiek Wujtowicz ksywka Gigant - nieduży, ale bojowy syn mieszkającego w suterenie dozorcy naszego domu. Wyrósł on na pijaka i złodziejaszka trafiając w efekcie do więzienia. Na Kępie urzędowało w tamtych czasach jeszcze kilku podobnych modeli takich jak Siwy czy Turek.

Na ulicach starej Kępy można było spotkać także i starszych pijaczków. Jednym z nich był Wójcik (jego popisowym pijackim monologiem był tekst: Wojcik jeszcze lubi leszcze, kho jeszcze ze dwa wiosła) a innym Karol, pracownik stolarni pana Rosłonka z drewniaka, który prawie co sobota stał zaprawiony na rogu Francuskiej i Walecznych, odchylając się prawie o 45 stopni od pionu. My, dzieci szkolne, mówiliśmy że zaprzecza on prawom fizyki. Karola traktowaliśmy jednak zawsze z szacunkiem, bo był on dla nas życzliwy i pomagał nam gratis w naszych dziecięcych kłopotach i potrzebach, takich jak naprawa złamanej hulajnogi lub znalezienie kawałka szyby do przydymienia, by obserwować częściowe zaćmienia słońca.

Na rogu Styki i Obrońców mieścił się Komisariat Milicji Obywatelskiej (MO) gdzie znajdował się także tymczasowy areszt. Ten komisariat miał wówczas tylko jeden samochód milicyjny, tak więc większość milicjantów patrolowała przydzielone im rejony na piechotę. Zdarzało się więc czasem, że przez ulice Kępy milicjant prowadził na komisariat jakiegoś pijanego awanturnika czy złodziejaszka, który mu się opierał i wyrywał. Za taką parą podążała przeważnie grupka dzieci, dla których było to ciekawym widowiskiem.



Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę