12 aktualna temperatura 14 °C
ciśnienie 1015 hPa pm2.5 7 μg/m3
Wspaniałe powietrze! wilgotność 69% pm10 10 μg/m3

Z pamiętnika chłopaka ze starej Kępy, który ruszył w świat...

2. Sasko-kępska arkadia

Życie po drugiej stronie Wisły toczyło się własnym tempem. Z dala od centrum ludzie przeżywali swoje życiowe przygody wśród oryginalnych osób kroczących po ulicach. Jak obywateli Saskiej Kępy zapamiętał Witek? Zapraszamy do lektury.

Pracowania Jubilerska Perła na ulicy Marszałkowskiej, rok 1948

Ówczesna Saska Kępa pomimo zmian politycznych, ekonomicznych i socjalnych, które nastąpiły w Polsce po zakończeniu wojny, żyła wciąż jakby życiem małego przedwojennego miasteczka, gdzie prawie wszyscy się znali i traktowali z należnym szacunkiem. Na Walecznych, zaraz za wąskim wejściem w ulicę Dąbrówki, stał na małej górce trochę ukośnie do ulicy drewniak – drewniany dom należący do pani Przybytkowskiej, babci mojego kolegi Leszka Przybytkowskiego. Na parterze tego domu znajdował się zakład stolarski, do którego wchodziło się od Walecznych po wąskich drewnianych schodkach, a na pierwszym piętrze mieszkała leciwa już właścicielka domu. Gdy pani Przybytkowska zmarła, jej ciało odziane w elegancką czarną suknię, leżało przez jeden dzień w jej otwartym dla wszystkich mieszkaniu. Pamiętam, że przed drewniakiem stała wówczas cała kolejka ludzi z Kępy, którzy wchodzili tam, aby ją pożegnać. Poszedłem tam także i ja. Było to dla mnie duże przeżycie, jako że pierwszy raz w życiu zobaczyłem zmarłą osobę.

Właścicielem dwupiętrowej kamienicy na Walecznych 41 (róg Irlandzkiej), położonej dwa domy dalej w kierunku Saskiej za drewniakiem, gdzie mieszkałem wraz z rodzicami i siostrą Basią, był inżynier Mejer. On sam zaprojektował i zbudował ten dom, a także mieszkał w nim wraz z żoną i dwiema córkami. Jego żona prowadziła domową administrację i płaciło się jej komorne, które ona odprowadzała do kwaterunku. Tak więc mimo, że wedle ówczesnych zasad komunistycznych, każdy musiał mieć nakaz kwaterunkowy na swoje mieszkanie, na zewnątrz wyglądało to tak jak przed wojną.

Ja z siostrą Basia i naszym psem Boksem przy Fiacie ojca, rok 1948

Mój ojciec, prowadził po wojnie na ulicy Marszałkowskiej (pomiędzy ulicami Widok i Chmielną) sklep jubilerski Perła, który do czasu kiedy zabrali mu go komuniści, dobrze prosperował. Ojciec był jednym z najlepszych znawców brylantów i innych kamieni szlachetnych w Polsce i po zlikwidowaniu Perły zajmował się nadal, choć już nieoficjalnie, handlem biżuterią. Miał on z tego powodu kłopoty z komunistycznymi władzami, materialnie jednak powodziło się nam, jak na tamte czasy, całkiem nieźle. Mieliśmy nawet prywatny samochód – przedwojennego polskiego Fiata 1500 kabrioleta, którym to już jako mały chłopiec rozpoczynałem nauki jazdy. Prywatne samochody należały wówczas w Warszawie do rzadkości i na całej naszej ulicy były jedynie trzy, łącznie ze starym Fiatem mego ojca. Pamiętam, że jednym z tych samochodów był wojskowy Volkswagen amfibia (pojazd który może także pływać po wodzie), zapewne pozostałość po niemieckich działaniach wojennych w Polsce. Prywatnych motocykli było trochę więcej. Inżynier Przytulski - przedwojenny właściciel ceglanej kamienicy stojącej na rogu Walecznych i Dąbrówki (naprzeciwko drewniaka), w której wciąż mieszkał, miał np. motocykl z koszem, na który wsiadała cała jego pięcioosobowa rodzina – on, żona i trójka dzieci. Szczęśliwi posiadacze własnych pojazdów wyjeżdżali często w letnie niedziele wraz z rodzinami za miasto. Nie było tam wówczas żadnych prywatnych domków letnich czy daczy, więc każdy biwakował, gdzie chciał. My jeździliśmy przeważnie nad rzekę Świder. Pamiętam, że mój ojciec, który miał zawsze poczucie humoru, widząc młodzieńca jadącego motocyklem na zieloną trawkę z dziewczyną na tylnym siedzeniu komentował czasem z uśmiechem przed użyciem wstrząsnąć. Mnie zabrało dobrych kilka lat, aby zrozumieć co ojciec miał wówczas na myśli. W zimie, kiedy ulice Kępy były już pokryte śniegiem, ja wraz z kolegami prosiliśmy nieraz ojca, aby pociągnął nas za samochodem na sankach. Ponieważ ruch samochodowy na Kępie, a szczególnie jej bocznych ulicach, był w tamtych czasach znikomy, ta zabawa, która sprawiała nam wiele radości, była całkiem bezpieczna.



Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę