Jak stare wino...

Lech Dąbrowski
(Wtorek 23 Marzec 2004)

Oto kolejna podróż na Kępę lat powojennych. Tym razem zobaczymy ówczesną kępiańską młodzież - gdzie chodzili, jaka była ich szkoła. Gdzie w tym wszystkim odcisnęła swoje piętno dzielnica, w której mieszkali?

Gdyby ktoś chciał wówczas spotkać młodych ludzi, pierwsze kroki musiałby skierować do "Sułtana".Była to kawiarnia przy ulicy Obrońców (dzisiaj restauracja "Maska";). Nastolatkowi, nie wypadało tam nie bywać - to wręcz towarzyski "obowiązek" przychodzić tu po lekcjach, a czasem zamiast szkoły. Ściągała tu więc młodzież z całej dzielnicy i niewiele było miejsc, które by były tak kojarzone przez wszystkich Kępian. Lokal wydzierżawiła pani Wyrzykowska, a prowadził go jej syn, nazywany Kaziem. Był na tyle zaprzyjaźniony z rodzicami, że donosił im, kto wagaruje w "Sułtanie". Chociaż niektórzy nazywali kawiarnię "Zlewem"młodzież nie piła tu piwa. Wystarczała kawa, czasem wino, no i znakomite torty czekoladowe, orzechowe. Najczęściej jednak po prostu kupowali jedną kawę i ślęczeli nad nią w kilka osób, powodując irytację pana Kazia. Przez jakiś czas wszystkie ich pieniądze pochłaniała szafa grająca, na której bez przerwy puszczali głośno muzykę. Kazio w końcu się wściekł - nie mógł znieść, że ktoś inny zarabia w jego lokalu -i zlikwidował to urządzenie. Żeby go nie drażnić, gdy już zupełnie nie mieli pieniędzy, przenosili się na "rurkę", czyli ogrodzenie na trawniku koło zlewu. Dwa paliki i rurka między nimi były jednym z ośrodków życia towarzyskiego.

Dlaczego stojący nieco na uboczu "Sułtan" stał się centralnym miejscem Saskiej Kępy? Bo to miejsce podobne do rynku w małym miasteczku. Zawsze można było tu spotkać kogoś znajomego, było się do kogo dosiąść. Kelnerki służyły jednocześnie za skrzynki kontaktowe - "gdy przyjdzie Michał, proszę mu przekazać, że będę o 16 tam gdzie zwykle". Wiadomość zawsze dotarła.

Obserwując uważnie tę młodzież można było dostrzec, że wielu z nich pochodziło z zamożnych rodzin. W tych latach już tylko wspomnieniem byli przedwojenni zamożni przedsiębiorcy i arystokracja, a jeżeli znalazł się ktoś dobrze sytuowany, to najczęściej byli to wyżsi funkcjonariusze "partyjno-państwowi". Tymczasem tu, na Kępie, mieszkało wielu ludzi dobrze sobie radzących w nowej rzeczywistości, tzn. mających prywatne interesy lub pracujących za granicą. Sława dzielnicy przyciągała bogatych, którym zależało na prestiżu.

Znaczna część wyjeżdżających z kraju wracała na Kępę i przywoziła pieniądze, ciuchy, płyty, kosmetyki i inne nowości. Tak jak kolega Sławka Wardzały, który wyjechał na winobranie do Francji przywiózł stamtąd małego Citroena 2CV. Inni mieszkańcy pochodzili spośród kadry "menedżerskiej" państwowych przedsiębiorstw, np. ojciec jednej ze znajomych Eli Chromińskiej, który był dyrektorem Centralnej Piwnicy Win Importowanych - instytucji zajmującej się dystrybucją zagranicznych alkoholi. Dlatego w jej domu przy ul. Nobla było zawsze dużo markowego alkoholu - nic dziwnego, że to ulubione miejsce na prywatki. Było się czym popisać nawet przed studentami ASP, chętnie zapraszanymi na imprezy, bo to podnosiło ich rangę.

Wolność i wysokie obroty

Zachodnie ubrania, drogie wina - to oznaki wysokiego statusu, którymi w gomułkowsko-gierkowskich czasach można nieźle zaszpanować. Kto nie miał możliwości wyjazdu za granicę, zaopatrywał się w ubrania w tzw. "Ciuchach" na Skaryszewskiej - to targowisko, na którym sprzedawało się kolorowe produkty z Zachodu.

Była jednak taka rzecz znacznie od innych bardziej pożądana. Ten obiekt marzeń starych i młodych, pojawiał się w snach wielu Polaków i na plakatach ich meblościanek. Wyrzeczenia, jakie ludzie ponosili i numery, jakie wykręcali, by go zdobyć, są tematem godnym osobnego reportażu. To samochód - największy (obok dolara) fetysz lat powojennych.

W latach 60 i 70 na polskich drogach królują samochody krajowej produkcji - Warszawy, Syreny, Fiaty 125p. Jeżeli są jakieś zagraniczne auta, to pochodzą przeważnie z "demoludów": czeskie Skody, rumuńskie Dacie, enerdowskie Trabanty i Wartburgi, rarytasem jest jugosłowiańska Zastawa. Radzieckie Łady (nie wspominając o Wołgach) to już towar luksusowy i rzadko spotykany. No, zostało jeszcze trochę aut przedwojennych ("Dekawki", Adlery, Ople Olimpia), jednak w najlepszym wypadku mają po 20-30 lat i stają się jeżdżącymi wrakami. Najlepsze samochody, jakie można spotkać, to tzw. "demokratki", czyli Chevrolety Fleetmastery, jednak są to głównie limuzyny rządowe, parę z nich jeździ na taksówce.

Mieć zachodni samochód to jak posiadać jumbo-jeta. A być młodym człowiekiem i jeździć takim samochodem, to prawie jak pójść na dyskotekę wyglądając jak Zbyszek Cybulski.

Tak się składa, że na Saskiej Kępie mieszkało paru ludzi, którzy mogli sobie pozwolić na posiadanie tego obiektu westchnień. Byli to tylko ludzie najbogatsi, prowadzący prywatne firmy. Mając zamożnych rodziców, młodzi ludzie rozbijali się (tak jak i dzisiaj) ich samochodami, więc wycieczki np. na nadwiślańskie plaże czy do Kazimierza były prawdziwą przyjemnością. Jeden z kolegów Sławka Wardzały miał (oczywiście należącego do rodziców) Citroena BL-15 Familiare - samochód z dużym kufrem z tyłu i sześciocylindrowym silnikiem. Chłopaki nazywali go "zamachówą", bo często był wykorzystywany przez gangsterów w filmach do strzelanin i pościgów. Inny znajomy miał samochód SIMCA Aronde, a jeszcze inny jeździł czerwonym Fiatem 500 Nuova. Innego Fiata, sześćsetkę, miała rodzina kolegi zza ściany, którego mama było pediatrą, a ojciec inżynierem. Chłopak, który był na winobraniu we Francji, przywiózł stamtąd Citroena 2CV, czyli legendarną "Cytrynkę". Choć to stosunkowo tani samochód (pierwsze francuskie egzemplarze z oszczędności miały tylko jeden reflektor z przodu i płócienny dach), to u nas był wtedy dowodem odniesionego sukcesu.

Łatwo było poznać, kto jeździ prywatnym samochodem, wystarczało spojrzeć na numer rejestracyjny - literka "H" wyróżnia "wroga klasowego", czyli człowieka, którego stać na prywatne auto.

W 1956 r. nadchodzi nowa moda. Przywrócono normalne harcerstwo, do którego dzieciaki z Kępy zaczęły się masowo zapisywać. Instruktorami byli tam faceci po trzydziestce, którzy mieli po 14-15 lat jak byli w Powstaniu Warszawskim. Ich pasją, którą zarazili młodych chłopaków, były Harleye, motocykle Harley-Davidson WLA-42, jeszcze z czasów wojny. Nagle stały się bardzo pożądane, zapaleńcy gotowi są wydobyć jej spod ziemi. Stworzyła się grupa harleyowców, która jeździła po Kępie rycząc motorami. Nie żadna subkultura, jak na Zachodzie, nie wyróżniali się ubiorem - no, może z wyjątkiem tych facetów z Powstania, oni czasem zakładali amerykańskie mundury. Najważniejsze to mieć motor na chodzie. Wśród nich był młody Sławek Wardzała. Swojego Harleya kupił od pewnego dziadka mieszkającego w "domu bez kantów" przy Krakowskim Przedmieściu, pewnie byłego wojskowego. Po prostu szedł któregoś dnia ulicą i zobaczył motocykl przywiązany łańcuchem do słupa. Nie zastanawiając się długo, dobił ze staruszkiem targu. Od tej pory lubił poszaleć po Kępie, napawając się uczuciem wolności. Któregoś razu, podczas takiej przejażdżki, zatrzymał go milicjant. Powód: jego stary Harley strzelał jak oddział artylerii. W tych maszynach regulacja zapłonu odbywała się przy pomocy manetki po lewej stronie kierownicy. Kierowca musiał dostosowywać zapłon do prędkości obrotowej silnika - jeżeli chciał jechać szybciej, musiał przyspieszyć zapłon, a potem go zwolnić. Gdy tego nie zrobił, motocykl zaczynał strzelać. Gdy wytłumaczył to niezbyt rozgarniętemu stróżowi prawa, ten poskrobał się w głowę i machnął ręką.

Jednak dla prawdziwego harleyowca Saska Kępa jest za mała. Zaczęło się więc jeżdżenie motorami po całej Polsce. Wysłużone maszyny nie bardzo się do tego nadawały, bywało, że psuly się wiele kilometrów od Warszawy i trzeba było wracać autostopem po części i narzędzia.

Po Harleyu Sławek kupił Willysa, amerykański wojenny samochód terenowy, przodka dzisiejszych pojazdów marki Jeep, nazywanego zwycięzcą II wojny światowej. Do Polski trafiły one w ramach pomocy, której alianci udzielali sojusznikom na Wschodzie. Samochód nie ma dachu, kładli więc przednią szybę na maskę i jeździli po Saskiej Kępie, na której ruch był wtedy niewielki. Wojenny weteran był niestety dość awaryjny. Pewnego razu pożyczył go koledze, Tadkowi, studentowi Politechniki, na wakacje. Tadek pojechał nim do Krynicy Morskiej. Jednak w trasie Willys się zepsuł, poszły panewki. Tadek zjechał Willysem do rowu przy szosie, przewrócił go na bok, zdjął miskę olejową i przeprowadził mały remont generalny. Gdy dojechał do celu i opowiedział kolegom, co się stało, stał się sławny. W Krynicy był też jego profesor z Politechniki - przyszedł się dowiedzieć, czy to prawda. Gdy Tadek potwierdził, profesor zaliczył mu tę naprawę jako pracę dyplomową. Było to jeszcze jedno zwycięstwo, do którego przyczynił się w swej karierze legendarny samochód. Na moje naiwne pytanie, czy nikt nie przyczepił się na przeglądzie do tego gruchota, Sławek Wardzała uświadamia mi, jak wyglądały wtedy tzw. przeglądy: odbywały się przy krawężniku na małej uliczce na Grochowie. Wzdłuż krawężnika ustawiał się rząd aut, na początku kolejki stał facet, oglądał samochód, kazał go zapalić i podbijał dowód rejestracyjny - ot i cały przegląd. Znacznie później, w drugiej połowie lat 60, już jako marynarz po Szkole Morskiej, Sławek przyjechał na Kępę i upolował prawdziwy skarb. W warsztacie na Wale Miedzeszyńskim kupił Vauxhalla - brytyjskie auto z sześciocylindrowym silnikiem i skórzaną tapicerką. W tym samym warsztacie do sprzedania był też piękny Rover z wnętrzem wykończonym drewnem. Nie wiadomo skąd te auta się tam wzięły. Można się tylko domyślać jaki niezwykły mieszkaniec tej dzielnicy przywlókł je tu z tak daleka.

Mickiewicz jak wino

Na Kępie, nawet w głębokim PRL, chodzenie do liceum było normą. Każdy, kto chciał się liczyć, powinien tam zdać. Jak ktoś był w technikum czy w zawodówce, to było już nie to.

Na Saskiej Kępie istniały dwa licea mające tradycję: męskie liceum im. Adama Mickiewicza i żeńskie im. Curie-Skłodowskiej. W 1965 roku szkoły połączyły się w jedno liceum, którego patronem jest Adam Mickiewicz i dostały nowy budynek przy ul. Saskiej 59.

W pewnym momencie jednak władze uznały, że to nie wystarczy, trzeba zbudować szkołę nowoczesną, odpowiadającą na wyzwania nowych czasów - czyli świecką i socjalistyczną. Przy ul. Zwycięzców 7/9 otworzono więc nowe liceum, tzw. TPD (od: Towarzystwo Przyjaciół Dzieci), które od 1960 r. nosi imię Bolesława Prusa (w nawiązaniu przedwojennej szkoły, istniejącej od 1922 roku). Kto ma do którego chodzić, przydzielono na podstawie ulicy zamieszkania. Ci, którzy trafili do nowej szkoły, nie byli szczęśliwi z tego powodu. Chłopaki lubili porównywać Mickiewicza do starego, dobrego wina, a Prusa do nędznego cienkusza. Chodząc tam, mieli nadzieję nieco "podstarzyć" to wino, czyli zrobić z niego normalną szkołę, bez socjalistycznego zadęcia.

Ciągle jednak panuje przekonanie, że "Mickiewicz to firma". Nawet w latach 70 istniały antagonizmy między tymi szkołami, mickiewiczanie dlugo uważali, że do Prusa chodzi chamstwo, które zdaje maturę za jajka.

Podział na dobre wino i podróbkę można też zauważyć wśród nauczycieli. Na jednym końcu był prof. Jan Wysocki, zwany "Jasiem", nauczyciel matematyki. Był przedwojennym profesorem gimnazjalnym, wychował kilka pokoleń. Uczniowie z niego żartowali, ale darzyli go szacunkiem, po jego śmierci wmurowano tablicę pamiątkową w kościele ss. Wizytek na Krakowskim Przedmieściu.

Z drugiej strony byli tacy ludzie, jak pewien nauczyciel geografii, który uczył również przysposobienia wojskowego. Facet przyszedł do szkoły z wojska, gdzie był kapralem - bardzo był zresztą z tego dumny. Zrobił geografię wieczorowo, czy nawet korespondencyjnie - nie wiadomo dokładnie. W każdym razie ciężko mu szło to nauczanie: najczęściej po prostu miał na lekcji rozłożoną książkę, czytał ją, a potem powtarzał na głos jej treść. Uczniowie olewali go, bo gdzie mu tam do Jasia. Żadna ze szkół, gdziekolwiek się znajdowała, nie była, niestety, wolna od paradoksów typowych dla tamtych czasów.

Już w podstawówce (mieszczącej się w tzw. "Barakach") dzieci były w latach 50 odwiedzane przez zetempówkę, która uświadamiała ich politycznie. Otwierała im oczy świat: "Przyjrzyjcie się" powiadała - normalny człowiek zarabia tyle, że starcza mu w sam raz na jedzenie ubranie i mieszkanie. A w Ameryce są ludzie, którzy mają całe fabryki! Czy to możliwe, żeby uczciwą pracą dorobić się fabryki? Oczywiście, że nie. Skąd więc oni je mają? To jasne, z wyzysku robotników!".

Pani politrukowa lubiła też przemawiać do wyobraźni, posługując się pomocami naukowymi. Któregoś razu narysowała na tablicy mały prostokącik, wzięła do ręki kredę i tłumaczyła: "Spójrzcie, ten prostokąt to pole, a ta kreda to traktor. Jak chłop dojedzie do końca swojego poletka, to nie ma miejsca, żeby zwrócić, zgadza się? Rozumiecie teraz, dlaczego kolektywizacja jest potrzebna?

"Przed rozpoczęciem zajęć odbywały się tzw. "prasówki".podczas których uczniowie odczytywali na głos wybrane przez siebie artykuły z gazet typu "Trybuna Ludu"; - każdy uczeń miał przydzielony dzień, na który musiał przygotować artykuł. Były to zazwyczaj propagandowe kawałki, mówiące o przekraczaniu norm podczas żniw, produkcji traktorów, itp. Jednak po takiej prasówce nauczycielki zamykały drzwi do klasy i wszyscy odmawiali pacierz.

W latach 70 odbywała się w Mickiewiczu wystawa pt. "Moje hobby". Uczniowie mogli pokazywać swoje zainteresowania, pasje, itp. Klasa, gdzie chodziła dziewczyna, której ojciec był dyrektorem Centralnej Piwnicy Win, miała ułatwione zadanie. U niej w domu było pełno próbek win, koniaków, wódek w małych buteleczkach. Nagle połowa klasy zadeklarowała, że jej hobby jest zbieranie małych buteleczek z alkoholem i naprzynosili je, pożyczając od dziewczyny. W efekcie po wystawie w buteleczkach zamiast alkoholu była woda a wiele osób, łącznie z nauczycielami i dziennikarzami, z Kroniki Filmowej, którzy relacjonowali całe zdarzenie, chodzili na lekkim gazie.

Kępa poza Kępą

Kępianie zawsze trzymali się razem. Nawet w wakacje można było znaleźć miejsca gdzie były ich duże skupiska. Te miejsca to Kazimierz, Sopot i Zakopane - tam można być pewnym, że spotka się znajomych. Moda na stolicę Tatr dotyczyła zresztą, choć może nie w takim stopniu, całej stolicy. Kiedyś nawet Polska Kronika Filmowa pozwoliła sobie na żarcik, mówiła o problemach, jakie stwarza przedłużenie którejś z dużych ulic w centrum Warszawy. Pokazano tą ulicę, a po chwili kamera przeniosła się do Zakopanego i głos zza kadru stwierdził: "Problem rozwiązany! Przedłużeniem warszawskiej ulicy są Krupówki. Chodzą tu nawet ci sami ludzie, o proszę, choćby ta para" (w rzeczywistości pewnie podstawieni statyści).

Na tych wyjazdach nie tylko byli razem, ale trzymali fason charakterystyczny dla swojej dzielnicy. Któregoś razu, na dyskotece w Zakopanem, gdzie Sławek Wardzała z kolegami bawili się i podrywali dziewczyny, zauważyli, że zbliża się do nich grupa miejscowych wyrostków. Już myśleli, że za chwilę skończy się mordobiciem, ale oni podeszli do nich i powiedzieli: "słuchajcie, nauczcie nas tak tańczyć! My nie potrafimy tak jak wy".

Gdzie dzisiaj szukać tych ludzi, którzy przeżywali młodość na Kępie w latach 60 i 70? Większość z nich, jak się wydaje, poradziła sobie w życiu, podostawali się na studia, zdobyli wykształcenie. Trudno jednak spotkać ich dziś na Kępie, większość z nich wyjechała " pół biedy, jeżeli tylko do innej dzielnicy. Wiadomo, że parę osób pojechało do Londynu. O innych słuch zaginął.

Ówczesne dziewczyny wyglądają dziś jak kobiety sukcesu - eleganckie, zadbane, odwiedzające teatr. Ela Chromińska mieszka dziś w willi w podwarszawskim Konstancinie.

Faceci z kolei lubili szukać w życiu przygód, Władek wyjechał do Londynu i ściągnął do siebie kilku innych. Może to kolejne "saskokępiańskie" miejsce, jak kiedyś Zakopane czy Kazimierz? Sławek Wardzała skończył Szkołę Morską i pływał na statkach, potem został nawigatorem na samolotach pasażerskich w Locie.

Większość z nich lubi czasem wpaść na Kępę, np. by wypić kawę na Francuskiej. Twierdzą że nie ma już tamtej starej Kępy, że ona się skończyła. Ciekawe, co na to jej dzisiejsi młodzi mieszkańcy?

Podróż w lata 50, 60 i 70 umożliwili m.in. pani Elżbieta Chromińska, Iwona Stefaniuk, Anna Nalberczak i pan Sławomir Wardzała - mieszkańcy Kępy tamtych lat i aktywni uczestnicy jej życia.