Dawne, niedawne czasy

Małgorzata Szymankiewicz
(Piątek 06 Styczeń 2006)

Takich starych zakładów zostało już niewiele na Saskiej Kępie. Te, które pozostały, powinny być jej dumą. Nadają unowocześniającej się przestrzeni miasta w mieście rysy przeszłości. Chlubnej przeszłości, którą należy ochronić.

PASEK Z KLAMRĄ

Kiedy był dzieckiem bawił się zegarkami, które ojciec, terminujący u żydowskiego zegarmistrza, przynosił do domu. Bawił się nimi i psuł je. Dziś - i tak od ponad 30 lat - za karę je reperuje.

Kiedy zaczął chodzić do szkoły, dostał w prezencie od dziadka stary, carski zegarek w srebrnej kopercie z dywizką. "Dywizkę mam do dziś pod ręką" pokazuje mi - O! 1873 rok-Pradziad dostał zegarek za zwycięstwo w walce na bagnety w carskiej armii. Ale młody Zdzisiu oddał podarunek dziadka w zamian za modny pasek z klamrą, do którego nigdy nie kupił równie modnych spodni. Dziś - i tak od ponad 30 lat - za karę reperuje stare zegary i zegarki. Takie, które niewielu już zegarmistrzów potrafi naprawić.

PAWILON "CHEMIA"

Na Francuskiej 31 od 1973 roku Zdzisław Romanek prowadzi zakład zegarmistrzowski. Interes przejął po teściu, który przeniósł zakład z Nowogrodzkiej w 1960, kiedy rozpoczęto budowę pawilonu "Chemia". I w taki sposób architekci Jan Bogusławski i Bohdan Gniewiewski nieświadomie ofiarowali Saskiej Kępie najlepszy zakład zegarmistrzowski w całej Warszawie.

"Jestem tu już tyle lat, że to właśnie na Kępie czuję się jak u siebie. Na Kruczej, gdzie mieszkam, znam tylko najbliższych sąsiadów, którym mówię dzień dobry, a tu znam wszystkich od A do Z". Pan Zdzisław wyjmuje z oka prawie wrośniętą zegarmistrzowską lupę i spogląda przed siebie - "Przez to moje okno wystawowe obserwuję Saską. Szczególnie latem jest na co popatrzeć " żartuje. "Znam ludzi jako klientów, ale i tak, po prostu. O! A tu kloszardzi idą. A idą - to też się wie - do śmietnika, po puszki.

"Teraz przychodzi do nas już trzecie pokolenie"mówi Jadwiga Romanek. "Kiedyś matki sadzały na ladzie dzieci w śpioszkach, a teraz te dzieci przychodzą ze swoimi dziećmi".

Kępa się zmienia, wielu ludzi wyjeżdża, ale i wielu przyjeżdża do państwa Romanków, by naprawić zegarek. Wracają z innych dzielnic, z innych miast, czasem nawet w paczce przesyłają zegarki do naprawy - byle tylko tutaj zreperowano ich skarby.

Bo do zegarmistrza trzeba mieć zaufanie. Kępianie mają je do zakładu przy Francuskiej 31. A szczególnie ci, którzy w swych domach mają stare, antyczne, bardzo wartościowe zegary. Pan Zdzisław je naprawia, ale robi więcej - reperuje mechanizm, nie zapominając o duszy zegara - pielęgnuje pamięć, którą kryją w sobie zegary.

OCALIĆ DAWENE CZASY

Pan Zdzisław dumnie pokazuje mi złoty, kopertowy zegarek International Watch Company Schaffhausen. Mówi jak otwierać i zamykać kopertę, by jej nie rozregulować. Na chwile daje mi do ręki owe cacko - "Tylko niech pani nie upuści, nie daj Boże. To przepiękny zegarek." Jednak nie wartość rynkowa zegarów jest najważniejsza. "Ludzie podchodzą z sentymentem do niektórych zegarów. Czasem naprawiam niewiele wart zegarek kupiony za 30 złotych, choć naprawa bywa droższa. Uprzedzam o tym właścicieli, ale oni opowiadają historie związane z przedmiotem i wtedy już ich nie zniechęcam. Pamiętam matkę, która przyszła naprawić bezwartościowy zegarek, bo był on jedyną pamiątką po zmarłym tragicznie synu. W takich sytuacjach już o nic nie pytam".

Do starych zegarów pan Romanek podchodzi z pietyzmem. "Kiedyś tego nie rozumiałem, ale teraz dla mnie to ogromna sprawa naprawić stary zegar. Człowiek z czasem (nomen omen) nabiera sentymentu. Ten młody człowiek, który był tu przed chwilą, miał może z 20 lat, a już z szacunkiem podchodzi do rodzinnej pamiątki. Podziwiam takich ludzi, ja byłem inny w młodości". Zdzisław Romanek jeździ do domów, głównie na Saskiej i nastawia i nakręca antyczne zegary, które wcześniej naprawił, odrestaurował. Przy tej okazji, siadając z gospodarzami przy herbacie, słucha opowieści o zegarach i ludziach. Zegary nadal wiszą w domach, choć po ich pierwszych właścicielach pozostało tylko wspomnienie.

"Niech pani spojrzy" - na ścianie, gdzie gęsto rozwieszone są przeróżne zegary, pan Zdzisław wskazuje jeden, z miedzianą tarczą i mahoniową puszką. "Ładny, prawda? A wcześniej nie chciałaby pani na niego spojrzeć - szafka zniszczona przez korniki, okropność. Naprawiłem mechanizm, szafkę oddałem do stolarza i to takiego, który używa politury, bo wszystko musi być tak jak w oryginale. Czasem z kolegą, który gra na instrumentach, konsultuję brzmienie gongów czy strun. Nawet kuranty powinny brzmieć jak kiedyś. By przypominały dawny czas". I choć pierwsi właściciele nie żyją czasem od stu lat, zegar naprawiony przez pana Zdzisława będzie tykał dla wnuków, prawnuków. Świat dawny i ten dzisiejszy, odmierzany jest przez te same, stare mechanizmy.

BEZ TAJEMNIC

Czas zegarmistrzom mija bardzo szybko - przeżyli miliardy sekund odmierzonych przez wszystkie zegary, jakie kiedykolwiek naprawili, na jakie kiedykolwiek spojrzeli.

Czas na Saskiej Kępie mija leniwie. Pan Zdzisław cierpliwie dociera do mechanizmy zegarka: "Nie można być gwałtownym, nic przyśpieszać, to niszczy zegarki i one wtedy przyśpieszą - a tego byśmy nie chcieli". Szacunek, jaki pan Romanek okazuje wobec zegarków, tylko utwierdza jego klientów w przekonaniu, że nie ma lepszego zakładu w Warszawie."Przychodzę tu od kilkunastu lat. A znam ludzi, którzy przyjeżdżają ponad 100 km, by naprawiać swoje zegarki u pana Zdzisława" - mówi kolekcjoner zegarków, stały klient, który twierdzi, że w zegarmistrzowskim fachu nie ma tajemnic dla Zdzisława Romanka.

UCZENNICA PANI STRASZKIEWICZ

Celina Osiecka od 36 lat prowadzi na Zwycięzców zakład fotograficzny. "Zawodu uczyła mnie pani Straszkiewicz" - czule wspomina swoja nauczycielkę i wuja, który namówił ją do tej profesji. Zakład pani Celiny jest jednym z nielicznych w Warszawie, gdzie stosuje się tylko i wyłącznie starą, tradycyjną technikę, zdjęcia robi tylko czarno-białe. "Uparcie trzymam się tego, choć wiele osób mnie namawia, bym przeszła na technologię cyfrową. Ja tu po prostu czekam na miłośników tradycyjnych zdjęć i nie chcę ich rozczarować, kiedy przyjdą."

Do zakładu przychodzą kępianie, ale i warszawiacy z drugiej strony Wisły. I ci kępianie, którzy wyjechali, czasem przyjeżdżają specjalnie, by zrobić sobie zdjęcie. Dawniej byli to arystokraci, artyści. "Przychodziła do mnie Teresa Roszkowska, pierwsza dama polskiej scenografii. Potoccy. Dziś robię zdjęcia wielu aktorom, piosenkarzom czy dziennikarzom" - Pani Celina pokazuje zdjęcia Moniki Olejnik, Tomasza Stockingera.

PRZECHOWAĆ, ZAPAMIĘTAĆ

"Nowoczesność mnie wypiera, ale robię, co mogę." Celina Osiecka przez 36 lat prowadzenia zakładu przechowała wszystkie negatywy zdjęć, jakie wykonała. Pokazuje mi rząd równo ułożonych brązowych kartoników, z naklejonymi na nich literami - to największe archiwum Saskiej Kępy, jakie istnieje. Setki, tysiące twarzy ludzi z Saskiej, gości Saskiej, przypadkowych, obcych. "To cała historia mojego zakładu. Klisze ze wszystkich lat, zachowuję wszystko. Potrafię odszukać negatyw sprzed 20 lat. Dlaczego? Lubię to, co robię, a poza tym klienci wracają do wspomnień i często przychodzą, prosząc o odbitkę zdjęcia. Pytają, czy długo jeszcze będę to przechowywać? A ja wtedy im mówię, że przecież jeszcze żyję!"

SĄSIEDZI

Trochę zdenerwowana spoglądam na staruszkę, która weszła do zakładu i siadła na stołku. "Proszę mi przerwać, jeśli pani przeszkadzam" - sugeruję, myśląc, że przeze mnie klientka musi czekać na wykonanie usługi. "Ależ nie, pani przyszła sobie odpocząć" -zapewnia mnie pani Celina. Bo to normalne w zakładzie pani Osieckiej - ludzie przychodzą tu, jak do domu, ciepłego miejsca, gdzie można odetchnąć. "My się tu wszyscy znamy, pozdrawiamy się, choćby przez okno." Do zakładu wchodzi kobieta z wnuczką i prosi o odbitkę portretowego zdjęcia dziewczynki, które zrobione było przed rokiem. Pani Celina zapewnia, że znajdzie negatyw i zrobi za kilka dni. Nawet nie pyta o nazwisko, dokładnie wie, gdzie szukać kliszy.

PANI CELINA NA BILLBORDACH!

Celina Osiecka robiła zdjęcia gwiazdom światowej muzyki! Madonna, Shinead 'Connor, Rod Stewart. Tak! Kilka lat temu Radio Kolor poprosiło ją o sesję reklamową - wykonała czarno-białe zdjęcia modelom stylizowanym na wielkie gwiazdy muzyki lat osiemdziesiątych. Cała ekipa stylistów, fryzjerów weszła do maleńkiego zakładu na Zwycięzców i wśród nienowoczesnych sprzętów, starego żurawia oświetlającego głowę, zagościł wielki świat. Później zdjęcia te z dumą Celina Osiecka oglądała na billboardach w całej Warszawie. Właścicielka zakładu nie boi się nowoczesności, ale chce ocalić stary świat.

I może to zrobić tylko ona, bo nie ma nikogo, kto mógłby przejąć po niej zakład.

PLAC PRZYMIERZA 4

Wchodzę do zakładu zachęcona szyldem: "Szewc, rok założ. 1944". W środku szukam starej sylwetki szewca, który szyłby buty Bogu, jak w wierszu Leśmiana. Widzę młodego mężczyznę, po trzydziestce i trochę zmieszana pytam, czy mogłabym rozmawiać z właścicielem zakładu. Ku mojemu zaskoczeniu, rozmawiam z nim. Maciej Jagiełło, trzecie pokolenie szewców w rodzinie. Zakład przejął po ojcu, w wieku 18 lat. A ojciec po dziadku, który jeszcze w czasie okupacji założył zakład, który mieścił się początkowo na Zwycięzców, naprzeciw szkoły podstawowej.

BUTY NA STALUNEK

Jagiełło szył buty na stalunek. Kilkakrotnie poprawia mnie pan Maciej - "Nie na miarę, mówi się - na stalunek". Maciej nigdy nie interesował się historią zakładu, strzępy informacji uzyskał od babci lub ojca, bo dziadka nie pamięta. Wie jednak, że buty u Antoniego stalowali ludzie z Saskiej, ale i z Warszawy. Pan Maciej rozróżnia te dwa światy - "od nas" z Saskiej i z Warszawy - Wśród nich było wielu ludzi z arystokracji, osoby dobrze sytuowane, dobrze wykształcone, rodowici mieszkańcy Kępy, aktorzy. Zapamiętał nazwisko Mieczysława Fogga, któremu dziadek szył buty.

KASYNO I GALERIA SZTUKI

Zbigniew, ojciec Macieja, już tylko naprawiał buty. Usiadł "na stołe" późno, jak miał 30 lat. Wcześniej pracował w zakładach tłuszczowych. Zbigniew lubił rozrywki, grał w karty. Dom, którym mieści się zakład gościł nie raz na wódce Władysława Broniewskiego. "To był hazadrdzista" wspomina pan Maciej. Przychodził do ojca i do rana grali w ruletkę - Już wtedy zakład stawał się przestrzenią rozrywkowo-artystyczną.

Dziś pan Maciej prowadzi mini-galerię. Teraz wszystkie obrazy wyniósł do mieszkania, bo w zakładzie trwa remont. Większość obrazów i grafików jest autorstwa Artura Turalskiego, artysty-plastyka, performera, autora scenografii w warszawskich klubach, Harendzie i Scenie. "Prowadzimy taką artystyczno-rzemieślniczą przyjaźń. Część obrazów kupuję, część dostaję. Nawet raz zamówiłem obraz z motywem butów. To dużo lepsze niż kalendarze roznegliżowanych pań w większości tego typu zakładów"

BEZ WYBORU, Z WYBORU

Maciej Jagiełło przejął zakład po ojcu w 1988. Właściwie był zmuszony koleją życia, by prowadzić rodzinny interes, ale i chciał to robić. Skończył liceum plastyczne, więc miał zdolności manualne. A zawodu nauczył się patrząc na pracę ojca. Początkowo w organizacji pracy pomagała babcia, przejął też kontakty z dostawcami po ojcu, który nie raz radził sobie z problemem braku kleju czy skóry.

10 ZŁOTYCH DLA PANI WALI

W zakładzie pracownicy przed świętami organizują "śledzika". Jeden taki wieczór skończył się tragicznie dla reputacji jednego z nich. Andrzej Masny, z którym przyjaźni się pan Maciej, jest dziś w zakładzie. Kiedy pan Jagiełło zaczyna opowiadać historię śledzika, tamten się peszy i chce wyjść. Bo nie każdy kępianin zwymiotował na uznaną poetkę, Agnieszkę Osiecką. I nie należy się tu doszukiwać żadnej krytyki literackiej. Było to może osiem, może dziesięć lat temu. Andrzej Masny, wraz z właścicielem zakładu i innymi gośćmi owego wieczoru zakrapianego suto wódką, wyszedł z zakładu. Szli w kierunku Ronda Waszyngtona z zamiarem odwiedzenia po drodze jeszcze innych przybytków rozkoszy. Wieczór był bardzo mroźny, co istotne, jak zaznacza pan Maciej. "Andrzej z zakładu wyszedł już mocno "zmęczony". Mróz nieco go otrzeźwił. Wstąpiliśmy do Podhala, ulubionej knajpy Osieckiej. Ona już tam siedziała, sama, przy stoliku w rogu. I kolega na nieszczęście wszedł do ciepłego pomieszczenia z mrozu. Momentalnie zrobiło mu się słabo, bo nie przyzwyczajony i odbył czynność fizjologiczną zwrotu śledzi - przez cały bar, przez ramię Agnieszki Osieckiej. Totalna katastrofa. Osiecka, choć przerażona, z klasą wstała i się otrzepała, poszła na górę się przebrać. Ludzie z nią zaprzyjaźnieni chcieli mojego kolegę pobić, ale załagodziłem to jakoś, bo mój ojciec znał się z Osiecką. Pani Wala, która stała tam na zmywaku, za 10 złotych posprzątała bałagan. Osiecka wyszła z całej sytuacji z klasą, jak zawsze, tylko jej adoratorzy strasznie się pieklili. A Andrzej długo się nie pokazywał w Podhalu"Tę historię opowiada z pasją, ale z jeszcze większą pokazuje stare przedmioty, które w zakładzie są od początku. Warsztat właściwy - kilkadziesiąt razy już pomalowany nosi ślady dawnych, dziadkowych czasów. Ambus, podobny do młotka, którym wypala się woskiem boki skórzanych butów, by się świeciły. Taboret, noga do naprawy. I największy skarb w zakładzie pana Macieja - przedwojenny Singer z secesyjnymi ornamentami do szycia butów, wszywania zamków. "Ten przedmiot zawsze będzie w moim zakładzie. Najcenniejsza pamiątka po dziadku i ojcu. Jeszcze na nim pracuję." Czas dawny ocalony został przez garstkę ludzi, którzy z zapałem od kilkudziesięciu, kilkunastu lat robią wszystko, by ocalić przeszłość. Udaje im się.