Ambasady, artyści i wariaci

Lech Dąbrowski
(Piątek 16 Styczeń 2004)

Lata 60 i 70 przez wielu mieszkańców Saskiej Kępy zostały zapamiętane jako ostatnie chwile jej świetności. Był to ich zdaniem czas, gdy Kępa wyróżniała się wśród innych dzielnic klimatem, a mieszkanie tu dawało poczucie elitarności. Co było tak wyjątkowego w Kępie w tamtych latach?

Słoneczny dzień, gdzieś na przełomie lat 50 i 60. Na ulicy Francuskiej ubrani na szaro i czarno ludzie spieszą do pracy, a młodzież do szkoły. Powojenna bieda nie ominęła również tej arystokratycznej-artystycznej dzielnicy. Rzędy furmanek jadą główną arterią Kępy, dowożąc do pracy ludzi z podwarszawskich miejscowości - niektórzy mieszkają aż w Mińsku Mazowieckim. Po fajrancie, gdy będą wracać do domu, ustawią się swoimi furmankami na pokrytym kocimi łbami Placu Przymierza. Tam jest sklep spożywczy, w którym będą kupowali ćwiartki wódki, pili i wyrzucali puste butelki w krzaki po drugiej stronie ulicy (za 40 czterdzieści lat wyrośnie w tym miejscu elegancki, przeszklony pasaż handlowy ze słowami "park" i "plaza" w nazwie). Kilkunastoletni chłopcy zbiorą te butelki i sprzedadzą w skupie, żeby dorobić sobie parę złotych.

W pewnym momencie Francuską powoli przejeżdża limuzyna. Nie jest to jednak żadna Czajka ani Wołga, tylko wielki Cadillac, rocznik 56 albo 57. Niewiarygodnie długi samochód sunie ulicą z basowym pomrukiem, cały lśniąc od chromu. Chłopcy wpatrują się w granatowe auto, które majestatycznie, niczym okręt, wymija furmanki i odjeżdża. Widzą jeszcze jego tył z olbrzymimi skrzydłami, a po chwili krążownik znika.

Pewnie jakaś ważna osobistość z amerykańskiej ambasady jechała odwiedzić kogoś równie ważnego z innej placówki, których tutaj, na Saskiej Kępie nie brakuje.

Oddech wielkiego świata

Ambasady - dla zwykłych mieszkańców zamknięte i niedostępne. Z zewnątrz widać tylko parkan, przed którym stoją wartownicy, oraz zacieniony drzewami budynek. Jednak sama świadomość, że tuż obok, za ogrodzeniem, znajduje się terytorium jakiegoś obcego państwa, jest ekscytująca. Mamy lata 60, wyjazd za granicę, a zwłaszcza na Zachód, dla zwykłych ludzi pozostaje najczęściej w sferze marzeń. Granice zamknięte, a poza tym za co mieliby jechać? - Z państwowej pensji to starczało na jedzenie do piętnastego! Od 15 rodzice brali "chwilówki" do dwudziestego, a od dwudziestego żyło się z 20 dolarów, które wujek przysłał z zagranicy - mówi pan Sławomir Wardzal.

Mieszkanie w pobliżu ambasady nobilituje - córka właścicielki słynnej na całą Kępę kawiarni "Sułtan" (dziś restauracja "Maska") na ulicy Obrońców, lubi o sobie mówić, że ma "kawiarnię Sułtan, vis-a-vis Ambasady Francuskiej".

Ambasady, jak się wydaje, służą przede wszystkim do tego, żeby ładnie wyglądać i czasem robić koło siebie dużo szumu. Gdy w ambasadzie jest przyjęcie i przyjeżdżają eleganccy goście, cała ulica jest zastawiona luksusowymi limuzynami, a szoferzy w mundurach czekają koło samochodów, aż państwo skończą się bawić.

Młodzi ludzie lubią podpatrywać przez parkan światowe życie. Można w ten sposób śledzić losy dalekich krajów. Teściowa pani Elżbiety Chromińskiej, socjolog z Kępy, prowadzi kurs kroju i szycia. Przychodzi do niej córka ambasadora Królestwa Afganistanu, która twierdzi, że jest członkiem afgańskiego klanu królewskiego. Jednak do czasu.

Mamy 1973 rok. W Afganistanie przeprowadzono zamach stanu i obalono królestwo. Ambasada również się zmieniła. Jak opowiada dziś pani Elżbieta: "Na balkonie rozciągnięto sznury, na których suszyły się rajstopy i bielizna. Przyjechał nowy pan ambasador w baraniej czapie z pięciorgiem czy sześciorgiem dzieci i starą matką, która siedziała przed budynkiem i w długiej fifce paliła jakiś haszysz."

Podobne zmiany można zaobserwować w ambasadzie Iranu przy ul. Królowej Aldony. Za rządów szacha Rezy Pahlawiego, gdy zorganizowano przyjęcie, przez dziurę w płocie można było popatrzeć na przystojnych mężczyzn i panie w pięknych sukniach. Od czasu, gdy w 1979 r. do władzy doszedł ajatollah Chomeini i zaczął cofać swój kraj o całe dekady w rozwoju, młoda dziewczyna niechętnie tamtędy przechodzi, w obawie przed kręcącymi się dziwnymi osobnikami w zdezelowanych samochodach.

Warszawskie Soho?

Ciekawych ludzi można spotkać idąc Francuską, Zwycięzców czy Paryską. Czasem widać starszego, łysawego pana w grubych rogowych okularach, który wyprowadza pieska na spacer. To Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz KC PZPR, członek Biura Politycznego, Rady Państwa i poseł na Sejm. Jest najważniejszą osobą w państwie, ale jako asceta, który podobno pali papierosy łamane na pół, mieszka w zwykłym mieszkaniu w bloku. Mamy przełom lat 50 i 60, "towarzysz Wiesław" jest powszechnie lubiany - wszyscy pamiętają jeszcze Październik i z przywództwem Gomułki wiąże się wielkie nadzieje. Dlatego, choć piastuje wysokie funkcje, gdy idzie z psem do Parku Skaryszewskiego, nie ma żadnej obstawy.

Saska Kępa przyciąga artystów, więc niektórzy przyrównają ją kiedyś do nowojorskiej dzielnicy Soho - ale to już w czasach, gdy Nowy Jork nie będzie leżał na innej planecie i przeciętny warszawiak będzie miał szanse go poznać. Przy ulicy Zwycięzców mieszka pani Teresa Roszkowska, słynna malarka i scenograf. Przed wojną była pierwszą kobietą w Polsce, która zajmowała się scenografią teatralną. Ostatnią scenografię zrobi w 1978r. do "Zemsty" Kazimierza Dejmka. Jest osobą dość ekscentryczną. Wychodzi na spacer z trzema małymi pekińczykami na długiej smyczy. Młodzież najczęściej uważa ją za starą wariatkę, bo chodzi umalowana, w długiej sukni i z wielkimi kolczykami typu kółka w uszach. Ona jednak lubi rozmawiać z młodymi ludźmi. Tym, którzy jej słuchają, opowiada o życiu przedwojennej Warszawy, przyjaciołach ze studiów, o grupie artystycznej Szkoła Warszawska, do której należała, o wernisażach i plenerach malarskich, które Tadeusz Pruszkowski organizował w Kazimierzu. W rozmowach z nimi zawsze podkreśla, że jej młodość była znacznie ciekawsza niż ta, którą oni teraz mają. Pani Roszkowska zostanie zamordowana we własnym domu w 1992 r., w niewyjaśnionych okolicznościach.

Mieszka tu również znana artystka plastyk, Zofia Maciejowicz, która robi sztuczne kwiaty dla czołowego salonu socjalistycznej elegancji, Mody Polskiej. Elżbieta Chromińska lubi ją odwiedzać, przygląda się, jak pani Zofia farbuje materiał i układa z niego kwiaty. Próbowała się tego nauczyć, ale to nie takie proste.

Dziwacy

Na Kępie nie brakuje oryginałów, którzy wrastają w jej krajobraz. Budkę z piwem na ulicy Obrońców, której właściciel nazywany jest "Florydą", odwiedza często hrabia Rodryk - niewysoki, zasuszony staruszek, znakomicie wychowany. Przychodzi zawsze lekko już podchmielony. Tłumaczy się, że kiedyś, w młodości, upił się na ślubie swojej siostry i od tamtej pory codziennie poprawia piwkiem.

Powszechnie znaną postacią jest też miejscowy wariat. Zawsze krzyczy i robi wokół siebie mnóstwo hałasu, zwłaszcza w autobusie. Ma też w zwyczaju zaczepiać dzieci i recytować:
"Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek ma, to ci da"

Ten zaangażowany utwór o dobrym gospodarzu ze Śląska budzi konsternację u niczego nie rozumiejących dzieciaków. Jednak większą sensację wzbudzają jego osobliwe stroje. Któregoś dnia stanął na schodkach prowadzących do wejścia do sklepu "U Pakulskich" (dzisiejsze delikatesy Select) na rogu Francuskiej i Zwycięzców, ubrany w damskie rajstopy, pod którymi nie miał nic, oraz króciutką marynarską bluzeczkę i marynarską czapkę. Stał tak przez dłuższy czas, o mało nie powodując karambolu. Nie został jednak aresztowany. Na Kępie chyba nawet milicja więcej wybacza.

Wille zamiast wielkiej płyty

W latach 60 i 70 przyłącza się do Saskiej Kępy nowe tereny i stawia bloki, przez jednych określane jako milicyjne, podczas gdy inni nazywają je po prostu "chamówkiem". Być może mają pełnić taką samą funkcję, jak Nowa Huta w Krakowie - klina wbitego w siedlisko reakcyjnej inteligencji. A może zwyczajnie zajmuje się puste tereny, których jest tu pod dostatkiem?

Na szczęście stara, niewysoka, saskokępiańska zabudowa zachowała się, choć przydałoby się gdzieniegdzie trochę farby. Stare domy, z które od pokoleń należą do jednej rodziny, są w Polsce rzadkością. Jednak na Kępie jest parę takich domów, wiele z nich do dzisiaj czeka na odkrycie ich historii.

Dom, a właściwie willa, należąca do rodziny Chromińskich, był trzecim domem zbudowanym na Saskiej Kępie, prawdopodobnie przez babkę pana Chromińskiego. W tamtych czasach nie było mostu i przeprawiano się przez Wisłę łodziami. Był przekazywany z pokolenia na pokolenie i nadal należy do tej rodziny. Jest to wolno stojący dom z olbrzymią, jak na tamte czasy działką, ok. 1400 m kw. Stara, przedwojenna architektura, budynek ozdobiony wykuszami. W latach 90 przebudują go i będzie wynajęty na potrzeby restauracji.

Lata 50: młody Sławek Wardzała, który uczy się w 7 albo 8 klasie podstawówki, odwiedza często kolegę z klasy. Kolega ten pochodzi z rodziny, która mieszka tu od lat, w willi na Zakopiańskiej. Chłopcy często buszują po strychu tej willi. Pewnego razu znaleźli tam stary, zakurzony projektor i jakieś filmy. Gdy go uruchomili, okazało się, że na strychu leżały nieme filmy z Charliem Chaplinem i innymi amerykańskimi komikami.

Jak mówi dziś pan Wardzała: "Nawet śmietniki były tu ładne, bo ludzie wyrzucali ładne rzeczy".