Wieże z popielniczek

Sax, Francuska 31

Magda Karst
(Piątek 06 Styczeń 2006)

Ni to knajpa, ni bar, ni kawiarnia. Ale wszystko po trochu, wymieszane w najprzeróżniejszych proporcjach i konfiguracjach. Bo któż widział dziś bar, w którym do kobiety zdejmującej płaszcz, podbiega mężczyzna, choćby przypadkowy, który pomaga jej się rozebrać i powiesić palto. Potem, gdy kobieta wychodzi, ten sam mężczyzna, nierzadko pachnący alkoholem i na chwiejących się nogach, albo ktoś zupełnie inny, podaje jej płaszcz i pomaga go założyć . A na koniec żegna pocałunkiem w rękę.

Najpierw była Nadwiślańska. Potem było Podhale. Dziś jest Sax. Zmieniali się właściciele, a wraz z nimi nazwy. Zmieniało się ustawienie baru. Podobno stał już we wszystkich możliwych konfiguracjach. Tylko adres pozostał ten sam: Francuska 31. Dlaczego była Nadwiślańska? To oczywiste - przecież to lewy brzeg Wisły. Pan Marek, który przeżył wszystkie konfiguracje i perturbacje baru w dzisiejszym Saxie, a niegdysiejszej Nadwiślańskiej, pamięta jeszcze Jacht Club na Saskiej Kępie. Ale skąd u diabła wzięło się na Saskiej Kępie Podhale? Tego rozumem nie ogarnia nawet on, mimo swej gęstej siwej brody.

W Saxie, kiedy nie zajrzeć, łuna papierosowego dymu. Pan Marek, jak i większość tutejszych bywalców, zwykli odpalać papierosa jeden od drugiego. Stojące na barze, wcale okazałe wieże z popielniczek (czarnych lub z białego szkła), ulegają na zmianę dekonstrukcji i odbudowie. Burzycielem i budowniczym popielniczkowych wież jest pani Maria, nazwijmy ją kelnerką. Otóż kelnerka ta, około pięćdziesięciopięcioletnia, zmienia popielniczki na stolikach w tempie właściwym dla eleganckich kafejek i restauracji. Sama pani Maria też popala na zapleczu. Ukryta za barem pani Tereska (przez wielu nazywana po prostu Terenią) - właścicielka Saxu - też lubi zapalić papieroska w wolnych chwilach.

W Saxie nawet ortodoksyjny przeciwnik nikotyny nie miałby wyboru i musiał zacząć palić. Bo wtedy zapach papierosów i kłęby dymu nie odwracają uwagi od rozmów, jakie toczą się tu na wcale nie błahe tematy. (Przykład: tęsknota za Teatrem Telewizji podczas politycznej emigracji).

Nazwę z Podhala na Sax zmieniono już w latach dziewięćdziesiątych. Pani Tereska twierdzi, że było to około roku 93. Ale dokładnie nie pamięta. Powód był dość banalny. Po prostu gmina wymusiła na właścicielce zmianę. Podobno sąsiedzi skarżyli się na hałasy i klientelę. Gmina wierzyła, że zmiana nazwy uśpi czujność sąsiadów i może stali bywalcy przestaną tu zaglądać. Ale wierni klienci ani myśleli rozstawać się z miejscem, które tak głęboko wrosło w Saską Kępę i w świadomość jej mieszkańców. A nowej nazwy prawie nie zauważono. Ci, którzy bywają na Francuskiej 31 od dwudziestu lat albo dłużej, wciąż nazywają to miejsce Podhalem (skąd u diabła Podhale na Saskiej Kępie?).

Z genezą nazwy Sax wiąże się ciekawa historia.. Otóż pani Tereska, ta sama co dziś tylko o dziesięć lat młodsza, zachodziła w głowę, próbując wymyślić nową nazwę. Myślała, kombinowała, a tymczasem na Saskiej Kępie kłębiły się tłumy, gdyż ludzie ustawili się w długich kolejkach do ambasad. Wszyscy mieli to samo marzenie. Każdy tęsknił do lepszego życia. Każdy chciał skorzystać z otwarcia granic. Każdy chciał zarobić na zachodzie. Każdy chciał wyjechać na saxy. I nazwa gotowa.

Wówczas, a był to początek lat dziewięćdziesiątych, Saska Kępa stała się na krótką chwilę przedmurzem lepszego świata. Jakby poczekalnią, jakby terminalem. Tu spełniały się marzenia i rozwiewały nadzieje. To tu, na Saskiej Kępie, jednym ofiarowywano szansę, innym wręczano wilcze bilety. A wszystko to można było obserwować, jak na ekranie telewizora, zza szyb Saxu. Jak wówczas był ustawiony bar? Nikt nie pamięta. Dziś bar ustawiony jest prostopadle do drzwi wejściowych. Pomiędzy barem a drzwiami stoją trzy okrągłe stoliki. Na stolikach leżą popielate obrusiki (kiedyś chyba były białe), na obrusikach szklane blaty (czy coś się komuś przypomina?). Pomiędzy stolikami krąży pani Maria. Zabiera brudne szklanki, kieliszki, puste butelki, no i oczywiście wymienia popielniczki.

Na barze obok popielniczkowych wież stoi stylowa, witrażowa lampa. W galerii trzeba by za nią zapłacić kilkaset złotych, może nawet więcej. Pani Tereska dostała ją w prezencie od kuzyna. W domu jednak nie znalazła na nią miejsca i teraz lampa stoi w sąsiedztwie wież z popielniczek na barze w Saxie. W Saxie nie ma wysokich barowych krzeseł. Zresztą bar jest za krótki i za niski. W ogóle miejsca tu, jak na lekarstwo. Ale za to jak kameralne, jak przytulnie. Na górze - tak mówią stali bywalcy, a faktycznie na półpiętrze, znajduje się drugie pomieszczenie. Tam też stoją okrągłe stoliki. A w grudniu, tuż przed Bożym Narodzenie, organizowana jest w tej salce "na górze" Wigilia dla stałych klientów. Wówczas, wraz ze świątecznymi dekoracjami, pojawia się jeden długi stół. Palą się świece i kadzidełka. Jest kameralnie i rodzinnie. Przecież wszyscy znają się od lat. Większość mieszka tu - na Saskiej Kępie i ulicę Francuską przemierza w tę i we w tę kilka razy dziennie. A jak, będąc już na Francuskiej, kilkaset metrów od Ronda Waszyngtona, nie zajrzeć do Saxu?

Dziś w Saxie pije się wino, piwo, coca-colę, kawę (naprawdę warta polecenia). Pan Marek, William Wharton jak żywy, pije haczyki z colą. (Przepis: do koniakowego kieliszka wlać winiawę, a następnie colę. Wskazania: pić w dużych ilościach). Tę nazwę "haczyki z colą" Marek wymyślił wraz ze swą serdeczną przyjaciółką Agnieszką Osiecką. Kiedyś haczyki popijali razem. Dziś koniakowy kieliszek pan Marek przechyla w pojedynkę, a Agnieszka spogląda na niego ze swego portretu, który wisi na lewej, patrząc od wejścia, ścianie. Na tym portrecie poetessa jest już niemłodą kobietą. Trochę znudzoną życiem. Trochę zamyśloną. Ale prawdziwą. I wciąż obecną w Saxie.

Pan Marek, który nigdy nie zdejmuje swej kurtki w kolorze khaki z małym logo "USA Army" na piersi, wspomina czasy, gdy razem z Agnieszką przychodzili do Podhala. Najpierw jednak szło się do Sułatana, bo tam była Francja-elegancja, czyściutko i snobistycznie. Dopiero później cała ekipa, niczym statek do portu, zawijała na Francuską, bo tu było swojsko i kameralnie. Piło się przeważnie wódkę. Nikt nie pamięta jej nazwy, ale etykietka była czerwona. A zamiast nakrętek były lakowane korki. Barmanka "odbijała" butelkę na swoim udzie, a potem wlewała do szklanek (do szklanek, nie do kieliszków).Kiedyś zapytała jednego klienta, ile ma nalać, a ten odpowiedział pytaniem: a co, nie widać brzegu szklanki?

Panu Markowi, którego siwa broda jest równo przystrzyżona i zadbana, najbardziej brakuje w Saxie dziczyzny. Kiedyś można było ją zjeść na Francuskiej 31. Czy przyrządzano ją na grillu? Gdzie na grilli, zaprzecza pan Marek, po prostu w piekarniku. Do dziś pamięta ten zapach, który niegdyś roznosił się po całym lokalu, tak jak dziś kłęby papierosowego dymu. Gdy przynoszono z kuchni dużą porcję mięsiwa, każdy próbował uszczknąć kawałek dla siebie, a potem wszyscy jedli, aż im się uszy trzęsły. Dziś o dziczyźnie można tylko pomarzyć. Wszystkiemu winien Sanepid, który tylko piętrzy trudności i stawia wymagania. Dlatego dziś w Saxie tylko podgrzewa się potrawy, które uprzednio przygotowywane są poza lokalem. Nigdy już nie zapachnie tu pieczonym mięsem z dzikiej zwierzyny, a pretensje o to można mieć tylko do Sanepidu. (Ciekawe czy pan Marek pomyślał, żeby złożyć zażalenie?)

Dziś zapanował w Saxie nastrój sentymentalny i refleksyjny. Marek wraz z siedzącym przy sąsiednim stoliku panem Stefanem, synem nieżyjącego, bardzo zasłużonego dla Saskiej Kępy architekta (też Stefana Kozińskiego), zaczęli wspominać czasy, gdy na Kępie, niedaleko dzisiejszego Saxu, wybudowano kino Sawa. Zdaniem pana Stefana kino to było ewenementem na skalę krajowa. Chyba nawet dziś nie ma takiego w całej Polsce. Okazuje się, że cała jego magia zaklęta była w ustawieniu rzędów. Otóż rzędy w kinie Sawa ustawione były w tak dużych odległościach, że można było swobodnie pomiędzy nimi przejść, nie uderzając niczyich kolan, ani nie depcząc stóp tych, którzy już zajęli swoje miejsca.

Dla pana Marka najzabawniejsze było to, że w czasach gdy w całej Warszawie było zaledwie kilka kin, jedno z nich wybudowano na Saskiej Kępie. A Saska Kępa dla pana Marka od zawsze była i na zawsze pozostania po prostu wiochą. Bo on pamięta czasy, gdy gdzieniegdzie pasła się krowa, gdzieniegdzie rosły bujne trawy, aż nagle pomiędzy tym wszystkim, niczym Filip z konopi, wyrosło kino Sawa. A było to kino nie byle jakie. Premierowe filmy w nim "szły";. Pan Marek pamięta jak oglądał tam "Popiół i diament".

Dziś już nie ma kina Sawa. Zostało zburzone, a na jego miejscu postawiono budynek mieszkalny, tak zwany APARTAMENTOWIEC. Przez chwilę był nawet pomysł, aby zbudować tam inne kino. Projekt kina, który należał do ojca pana Stefana, do dziś leży w jego mieszkaniu w przedwojennej kamienicy na ulicy Czeskiej. Czym w istocie jest Sax? Ni to knajpa, ni bar, ni kawiarnia. Ale wszystko po trochu, wymieszane w najprzeróżniejszych proporcjach i konfiguracjach. Bo któż widział dziś bar, w którym do kobiety zdejmującej płaszcz, podbiega mężczyzna, choćby przypadkowy, który pomaga jej się rozebrać i powiesić palto. Potem, gdy kobieta wychodzi, ten sam mężczyzna, nierzadko pachnący alkoholem i na chwiejących się nogach, albo ktoś zupełnie inny, podaje jej płaszcz i pomaga go założyć . A na koniec żegna pocałunkiem w rękę.

W Saxie w ogóle czuć taką przedwojenną klasę. To miejsce - ni knajpa, ni bar, ni kawiarnia jest z jakichś powodów nawet dość eleganckie. Po trosze za sprawą klientów, którzy nawet po alkoholu trzymają fason. No i popielniczki nigdy nie są tu pełne, mimo tylu palących dookoła. Jak w eleganckiej restauracji. Czy dużo tu się dzieje? Czasami są takie nudy, że człowiek chciałby się powiesić - mówi pan Marek. A innym razem wszyscy się tak na wzajem podkręcają i prowokują, że takich filmów jak "Rejs" mogłoby powstać kilka w ciągu zaledwie jednego wieczoru. Wypowiadając te słowa, pan Marek bardzo zapala się do swojego pomysłu i od razu kombinuje, gdzie by tu porozstawiać kamery. On sam byłby na pewno jednym z głównych bohaterów tego filmu. Przecież jest takim dobrym duchem tego miejsca. I nawet po kilku "haczykach z colą" nie traci klasy. Narzeka tylko na godziny otwarcia Saxu, który wciąż nazywa Podhalem (skąd u diabła Podhale...). W dzień powszedni życie zaczyna się tu o dziewiątej trzydzieści i kończy trzynaście godzin później. A co mają począć ze sobą ludzie tacy, jak on sam, którzy nie zdążyli się jeszcze położyć, gdy robotnicy wstają...

Ale Marek na pewno nie opuści tego miejsca. Będzie tu przychodził choćby po to, by wypić "haczyka z colą". Choćby po to, by przyczynić się do zburzenia i zbudowania kilku popielniczkowych wież. Choćby po to, by pobyć.

A w ogóle do jak dawna pan tu przychodzi - pytam Marka, który jak zwykle złości się, że mówię do niego per pan. On tu bywał jeszcze przed swoim urodzeniem - krzyczy z sąsiedniego stolika pan Stefan. A ona, i tu wskazuje obraz zamyślonej poetessy, wiszący tuż nad moją głową, bywa tu nawet po śmierci.