Misianka

Małgorzata Zielińska
(Poniedziałek 17 Grudzień 2001)

Na Kępie nogi same prowadzą w stronę parku Skaryszewskiego. Stoi w nim mały domek kryty dachówką, niegdyś publiczna toaleta. Można by powiedzieć: Domek Publiczny. Ma prawie sto lat. Dobrze wkomponowany w otoczenie. "Kiedyś wszystko projektowano na poziomie" - komentuje obecna właścicielka tego przybytku. Od siedmiu lat mieści się tu cukiernia-kawiarnia Misianka, stworzona przez Misię Zielińską i Annę Pazdej. Nazwa, jak się domyślamy, pochodzi od Misi, ale jakie to imię? Nikomu nie przyjdzie do głowy, że Anna.

Nie jest to tylko przerobiony ogólnodostępny szalet. To także natchnienie dla studentów piszących prace o przystosowywaniu szaletów do innych celów. "Zostałyśmy przez nich dokładnie przemaglowane" - mówi szefowa. Powstała praca magisterska o Misiance, zatytułowana "Kawiarenka na skraju parku". Uwielbienie dla lokalu i tutejszych słodyczy przeciekło nawet do internetu, powstała strona www założona przez klientkę. Cafe Misianka jest również notowana w internetowym serwisie www.pogodzinach.pl, kilka osób umieściło tam swoje recenzje.

Na początku wspólniczki same piekły ciasta i pracowały za ladą. Starsi mieszkańcy Saskiej Kępy ze zgorszeniem przyjęli sam pomysł kafejki, jednak to im należy dziękować za reklamę i życzliwą atmosferę, jaka otacza przedsięwzięcie. "To, co dajemy, prawie zawsze do nas wraca. Myślę, że wdzięk osobisty i kultura sprawiły, że ludzie się tu dobrze poczuli" - mówi pani Misia-Anna. Wszyscy są mili i sympatyczni. Bycie miłym dla innych, kulturalnym zanikło; na szczęście teraz wraca. Pozytywne opinie krążyły podawane z ust do ust. Dziś w tym niepozornym miejscu pojawiają także osoby publiczne. Anna Pazdej mówi, że zawsze wie, kiedy był Marek Kondrat, bo dziewczyny sprzedające ciasta są po prostu nieprzytomne ze szczęścia. "A co dopiero, jak się pojawił Michał Żebrowski" - dodaje z uśmiechem.

- Kolega kiedyś otwierał biuro poselskie i zostałam zaproszona. Nie wypadało, abym, skoro robię ciasta, przyszła z pustymi rękami. Wiadomo: otwarcie, goście, pełna gala. Nigdy wcześniej nie widziałam starszych panów z siwymi głowami wylizujących palcami resztki ciasta z papieru. To naprawdę robi wrażenie. Łakomstwo łączy ludzi bez względu na wiek i pozycję społeczną.

Misianka to nie jest miejsce elitarne, ale przyjazne. Klientom, dzieciom i psom. Tu koncentruje się parkowe życie. "Działamy w powiązaniu z przyrodą, ze słońcem. Zimą krócej, latem dłużej. Bo po ciemku już nikt tu nie chodzi, choć alejki są oświetlone" - mówi Misia i spieszy załatwiać inne sprawy; w końcu kieruje wytwórnią słynnych ciast. Tort babuni, makowy, ormiański, macedoński - te nazwy przemawiają do wyobraźni. Mazurek różano-czekoladowy to wielkanocny przebój. Wszyscy wchodząc do Misianki mówią "dzień dobry", jak w małych miastach, gdzie każdy zna każdego. "Wielu klientów jest teraz moimi zupełnie prywatnymi znajomymi" mówi pani Anna. - Zdjęcia ich psów wiszą w cukierence"W ogródku ławki, stoliki, piaskownica. Tu spotykają się młode mamy. Dzieci to też mali klienci. Jeśli trzeba, można na miejscu podgrzać butelkę z piciem, wyparzyć smoczek. Dziewczyny orientują się, któremu maluchowi można dać wafel, a któremu galaretkę. Między wózkami biegają luzem pieski.

W niedziele kawiarnię odwiedza wielu gości. Zdarza się, że jakimiś tajemniczymi drogami docierają tu klienci z innych punktów, w których są sprzedawane Misiankowe ciasta. Ze Starówki, Śródmieścia, Mokotowa, Janek. I już zostają wierni temu miejscu.

Opowiada Beata, kierowniczka Misianki: "Kupuje u nas na przykład Janusz Gajos. Kiedyś trafił do nas za namową kolegów. Nasz sernik 'miał grać' w teatrze telewizji. A kiedy nadszedł czas, okazało się, że sernik zniknął. Aktorzy po kryjomu go zjedli. Ale zobaczyli adres na pudełku i wrócili po drugi"

Skąd biorą się te cuda, kulinarne skarby? "Wszystko jest nasze, dbamy o jakość, same ubijamy śmietanę, ucieramy masło. Te ciasta nie lubią konserwantów. Dlatego mają krótszy okres przydatności do spożycia. Pieczemy je na bieżąco. Przepisy są sławne na świecie, w Australii, Francji, ale u nas mało znane. Większość pochodzi od znajomych, rodziny. Czasem zmieniamy smak bądź recepturę. Tort ormiański w jakimś kraju był pieczony na wesela. Miód, orzechy, czekolada symbolizowały dostatek dla młodej pary. Kalorii nie liczymy, żeby nie wystraszyć pań. Mamy też mniej kaloryczne tarty i dania obiadowe: quiche z pieczarkami, lazanię ze szpinakiem. Pierożki robi w pracowni na Francuskiej starsza pani. Przygotowuje wszystko sama. Cieniutkie ciasto, farsz, a potem siedzi i powoli lepi ręcznie te pierożki, jak w domu."

Siedząc w kawiarence jesteśmy świadkami i jednocześnie uczestnikami nieustannego korowodu klientów spragnionych "Misiankowych fluidów".Wszyscy się witają, robi się rodzinnie. Ludzie umawiają się po grze w tenisa na pobliskich kortach, wpadają na małe co nieco po lekcjach. Psy oblizują się na widok śmietanowych tortów, zarumienione dzieci pogryzają wafelki, radosny gwar wypełnia to miejsce, znać, że już wiosna. Pani Anna konspiracyjnie dodaje: "Że nie wspomnę o tutejszych romansach...".