M jak Misianka

Hanna Rydlewska
(Poniedziałek 19 Grudzień 2005)

Dawny szalet miejski w Parku Skaryszewskim, niegdyś gejowska "pikieta", dzisiaj jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście. Na styku dwóch światów- eleganckiej Saskiej Kępy oraz pełnego tandety Stadionu Dziesięciolecia- Misia Zielińska, córka wybitnego tłumacza literatury amerykańskiej, realizuje swoje marzenia. Nie tylko te kulinarne.

Żelazne okiennice, boazeria, wiklinowe meble, plastikowe naczynia. Zieleń wokół cukierni też nie jest urozmaicona, front obsadzono niecierpkami, takimi, jakie rosną na parkowych klombach. Wystrój Misianki różni się bardzo od modnych, wyłożonych ciemnym drewnem i przystrojonych szkłem, knajpek po drugiej stronie Wisły. Misia Zielińska, która jest estetką, bardzo nad tym ubolewa. W tym niezbyt wyszukanym otoczeniu mieszkańcy Saskiej Kępy odnajdują się jednak świetnie. Siedzę w kawiarni około 13, zajadam szarlotkę i obserwuję zgromadzone wewnątrz Misianki towarzystwo. Jest środek października, wieje już chłodny wiatr, dlatego ludzie tłoczą się w środku. Przez całą wiosnę oraz lato klienci cukierni wysiadują na powietrzu. Wewnątrz oblężenie: matka z dwójką dzieci, para nastolatków, która przyszła tu chyba na wagary, a także dwójka staruszków, którzy kosztują tortu makowego. Zagaduję ich, czy często tu zaglądają. Staruszka uśmiecha się figlarnie i mówi, że wpada tu przynajmniej raz na tydzień.

Pani Misia uważa, że Misianka świetnie wpasowała się w krajobraz Saskiej Kępy. Nie narzeka też na snobizm jej mieszkańców. Mimo że była "spoza"przyjęli ją bardzo ciepło.-Wydaje mi się, że legendy o hermetycznym towarzystwie mieszkańców Saskiej Kępy są już dzisiaj nieaktualne. Niegdyś faktycznie tworzyli oni zwartą grupę, do której ciężko było przeniknąć. Teraz część z nich już nie żyje, inni są chorzy i wyłączyli się z życia towarzyskiego. Sporo mieszkań na Saskiej zostało wynajętych, dużo jest ludności napływowej, młodych ludzi, którzy nie posiadają tutaj swoich korzeni- przekonuje Misia Zielińska.

Komu bije dzwon

A jednak początki nie były łatwe. Na pomysł stworzenia kawiarenki córka Bronisława Zielińskiego- tego, który przetłumaczył Polakom całego Hemingwaya- wpadła przez przypadek. Była wtedy na życiowym zakręcie. W 1991 roku wróciła z Australii. Przebywała tam stale od 1984 roku. - Prowadziłam do spółki z Żydem polskiego pochodzenia kawiarnię, mieściła się w samym sercu Sydney. Lokal był typu "take away", mieliśmy doskonałego kucharza, ludzie wpadali do nas codziennie na lunch, ale kasy na tym nie zbiliśmy. Żona wspólnika powiedziała mi w przypływie szczerości, że on ostatniego dolara zarobił w 1946 roku. Niestety, powiedziała mi to za późno. Nie wiodło nam się najlepiej pod koniec, czekałam tylko aż syn zda maturę, żeby wrócić do Polski.

Misia Zielińska wróciła do kraju i zaraz po powrocie rozstała się z mężem. Nie miała żadnych oszczędności, przekroczyła właśnie czterdziestkę. Szukała pomysłu na to, co ma dalej robić. Pomysł sam spadł jej z nieba.

- Dosyć przypadkowo poznałam panią, która wówczas była kierowniczką Parku Skaryszewskiego. Ona poprosiła swoich znajomych, prowadzących miejscowy klub tenisowy, żeby zaadoptowali jakoś zdewastowany parkowy szalet. Wszyscy się pukali w czoła. Lokal w kiblu? To dla wielu osób brzmiało abstrakcyjnie. Wówczas w parkach, oprócz Łazienek, nic się nie działo. Stał co najwyżej wózek z watą cukrową i oranżadą w torebkach- wspomina pani Misia. Dla niej wizja parkowej kawiarni była ekscytująca. Niemal natychmiast postanowiła ją zrealizować. - W Sydney każda kawiarenka wystawia swoje stoliki na ulicę. Ludzie uwielbiają się tam bawić na powietrzu. Wyobraziłam sobie, że założę podobne miejsce w Warszawie. Cukierenkę, w której w cieniu drzew będzie można napić się kawy, poczytać gazetę, zjeść lody, spotkać zawsze jakichś znajomych, sąsiadów.

Ciotoland

Zapału pani Misi nie ostudziły nawet przeszkody, które wnet zaczęły się piętrzyć. Długo dochodziła do tego, kto jest formalnym właścicielem budynku, użerała się z Sanepidem. Przy okazji poznała przeszłość samego szaletu. - Był miejscem schadzek gejów z całej Saskiej Kępy. Podobno figurował nawet w jakimś międzynarodowym przewodniku jako miejsce homoseksualnych uciech - mówi bez ogródek Zielińska.- Na samym początku, nim ruszyła przebudowa budyneczku, chciałam się przekonać, ile osób kręci się po parku. Siadałam na ławce i obserwowałam, co się dzieje. To były moje badania marketingowe. No i napatrzyłam się na to, jak homoseksualne pary zabawiają się po krzakach. Schodzili też do szaletu. Dzielnicowy opowiadał mi, że "na gorącym uczynku" zatrzymywano tam ludzi w każdym wieku i z każdej warstwy społecznej: od księży, przez artystów i znanych uniwersyteckich profesorów, po okoliczne menelstwo.

"Rezydentom" dawnego szaletu ciężko było się pogodzić z jego likwidacją. Na samym początku do Misianki przychodziło kilku panów. Być może mieli sentyment do tego miejsca. - Próbowali się z nami zaprzyjaźnić. Chcieli, żeby Misianka nabrała gejowskiego klimatu. Zdarzało się też, że ktoś nie słyszał o remoncie szaletu. Przychodził i był wyraźnie niezadowolony, że miejsce schadzek przerobiono na cukiernię. Z resztą geje z Parku Skaryszewskiego wcale nie znikli- mówi pani Misia. Szalet w parku spotkał podobny los, jak inne słynne "pikiety" w Warszawie. Pod toaletą w kształcie grzybka na Placu Trzech Krzyży, zamkniętą kilka lat temu, do dzisiaj palą się znicze. Na znak protestu. Miano kultowej zyskała też miejska łaźnia przy Krakowskim Przedmieściu, obecnie włączona do Hotelu Bristol. Jednak "pikieta" na Saskiej Kępie w pewnych ramach była wyjątkowa, z uwagi na jej bywalców. Inteligentów, artystów, partyjnych dygnitarzy. Homoseksualizm w PRLu był tematem tabu. Nie istniały, przynajmniej oficjalnie, gejowskie kluby. Amatorska na Nowym Świecie, Lajonik na Placu Trzech Krzyży, Ambasador w Alejach Ujazdowskich. To, jak się dzisiaj określa, ówczesne lokale "gay friendly". W tej siermiężnej rzeczywistości homoseksualiści z wyższych sfer zakładali sekretne salony, w mieszkaniach prywatnych. Działały one również na Saskiej Kępie. Jak wieść gminna niesie, ich gwiazdą była sama Agnieszka Osiecka. Na imprezach pojawiała się też Kalina Jędrusik.

Salony były od dyskusji, tańców, flirtów. Park był od uprawiania seksu. Szaletu już nie ma, ale Skaryszak wciąż udziela schronienia tym, którzy tego potrzebują. Po zapadnięciu zmroku wśród drzew zaczynają się przemykać cienie. Pracownice Misianki dobrze wiedzą, kto jest stałym gościem okolicznych krzaków. Śmieją się, że na chłopaków z parku nie zwracają uwagi, bo jak któryś przystojniejszy, to gej. Podobno jeden pan pojawia się na ścieżce nieopodal Misianki codziennie wieczorem, nawet w dwudziestostopniowy mróz. Zdarzają się też "znane twarze". Na przykład aktor grający w telenoweli, który pokazuje się w towarzystwie młodych chłopców.

- Słyszałem o Parku Skaryszewskim. Jednak na portalach internetowych dla gejów rzadko pojawia się propozycja spotkania właśnie tam. Największą popularnością cieszą się okolice parku przy Książęcej: ciągnie się od Muzeum Narodowego aż do Sejmu- mówi Janusz, dwudziestosześciolatek, zdeklarowany homoseksualista. Chociaż nie mieszka na Saskiej Kępie, często tam bywa. Jego znajomi wynajmują mieszkania w okolicy. I organizują domowe imprezy, na których bywają ludzie z "branży", jak sam to określa.

- Kiedyś rozmawiałem z weteranem takich "pikiet". A właściwie weteranką, bo ona każe o sobie mówić w rodzaju żeńskim. Mówiła mi, że w szalecie w Skaryszaku panowały spartańskie warunki. Brak bieżącej wody. I dziurki w ścianach oddzielających boksy, które zapewniały anonimowość. W sumie taką opcję można dzisiaj spotkać w bardziej hardkorowych branżowych klubach- opowiada Janusz. - Park Skaryszewski to typowy ciotoland, jak z książki Michała Witkowskiego "Lubiewo". Tam eleganccy panowie z Saskiej chodzili zabawić się z lujami - dodaje.

Za białym budyneczkiem w parku ciągnęła się zatem w okolicy określona opinia. Misia Zielińska nie należy jednak do osób, które łatwo się poddają. Wierzyła, że jest w stanie zerwać z tego miejsca starą etykietkę i przyczepić własną. Kazała ekipie remontowej wszystko skuć, nawet tynki z podłogi, ścian i sufitu. Cały budynek został wydrążony od środka. Tak, jakby w ten sposób próbowała wyskrobać z niego przeszłość. Postanowiła, że przywróci mu dawną przedwojenną świetność. I wypełni zapachem świeżo zmielonej kawy oraz ciasta.

- W kontaktach z ludźmi pomogło mi chyba wychowanie, które otrzymałam w domu. Dobrymi manierami zjednałam sobie nawet tych starszych, bardziej wymagających klientów. Zawsze ciepło ich witałam, znałam imiona ich wnuków, pamiętałam o chorobach i codziennych problemach, z których mi się zwierzali. W tamtym czasie obsługa w sklepach i kawiarniach nie była wcale równie miła, jak teraz- opowiada pani Misia. Jednak tym, co przede wszystkim przysporzyło jej klientów i zapracowało na sukces Misianki, były wyjątkowe wypieki. Tort ormiański, mocca, macedoński- bogactwo smaków misiankowych specjałów przyprawia o zawrót głowy. Tymczasem pierwotnie Misia Zielińska nie zamierzała sprzedawać własnych wypieków, pierwsze ciasta w Misiance były kupne. Od czasu do czasu do zwykłego asortymentu dodawała od siebie "coś ekstra". Klienci szybko poznali się na jej tortach i już innych jeść nie chcieli. Pani Misia piekła w domu, a Anna Pazdej, jej ówczesna wspólniczka, sprzedawała je w Misiance.

Historia pewnej przyjaźni

W wielu tekstach, które ukazują się w prasie i w Internecie na temat Misianki, nadal możemy przeczytać, że kawiarenkę w Parku Skaryszewskim prowadzą dwie panie: Misia Zielińska oraz Anna Pazdej. Tyczasem ich współpraca zakończyła się już 4 lata temu. Obecna właścicielka cukierni mówi o tym niechętnie, pewnie przez wzgląd na dawną zażyłość:

- Misianka, to mój autorski pomysł. Pani Pazdej była moją bardzo bliską przyjaciółką, więc zaproponowałam jej, żebyśmy zostały wspólniczkami. Obie byłyśmy w trudnej sytuacji, ona nigdy nie pracowała. Od początku to ja piekłam, pani Pazdej trochę mi pomagała, ale głównie urzędowała w Misiance. Uważałam wtedy, że łatwiej mieć partnera w interesie, bo stres związany z pracą można podzielić przez dwa.

Wszystko działo się, jak w bajce. Dwie przyjaciółki, zmagające się z osobistymi problemami, rozkręcają udany biznes w oparciu o ciasta, wypiekane w domu. Pani Misia dobrze wspomina ten okres, mimo, że nie było łatwo. Często ślęczała nad piekarnikiem do 2 czy 3 w nocy. Czasy też były inne, wciąż ciężko było kupić niektóre składniki, musiała biegać po mieście z siatkami. A jednak na myśl o tamtych dniach jej twarz się rozpromienia. Potem coś zaczęło się psuć. - Niestety pani Pazdej nie potrafiła poradzić sobie z pewnymi sprawami, zaczęły się kłopoty. Finalnie nasze drogi się rozeszły- mówi enigmatycznie Zielińska. - Spłaciłam ją, mimo że nie wymagał tego kodeks handlowy. Uznałam, że tak będzie przyzwoicie. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu- dodaje zaraz.

Pachnące banknoty

Żeby porozmawiać z panią Misią w kawiarence, trzeba się z nią umówić telefonicznie. Sama od dłuższego czasu dogląda pracowni, produkującej ciasta. Najpierw mieściła się ona na Francuskiej w wynajętym lokalu, a od 3 lat działa w Marysinie. Oprócz cukierenki na Saskiej Kępie, zaopatruje też w wypieki wszystkie kawiarnie Tchibo w Polsce. Zielińską w parku zastępuje 5 młodych dziewczyn: Wiola, Kasia, Agnieszka, Beata i jej siostra Dagmara. Pracują parami, choć w zasadzie jedna osoba jest nadprogramowa. Pani Misia opłaca ją, żeby tej drugiej było raźniej. Nie chodzi o realne zagrożenie, ale o komfort psychiczny.

Panie sprzedające w kawiarence mają naprawdę emocjonującą pracę. Mogą obserwować klientów, nawiązują z nimi bliższy kontakt, poznają ich codzienne problemy i sekrety. Czasami muszą zabawić się w psychologa. Pani Agnieszka, która pracuje w Misiance od 7 lat, twierdzi, że najwięcej dzieje się latem, gdy przychodzi mnóstwo zaprzyjaźnionych matek z dziećmi: -Siadamy sobie z nimi, gadamy, wysłuchujemy czasem narzekań na mężów, na teściowe (śmiech). Były też w Misiance romanse, jedna z naszych koleżanek kochała się w policjancie. Mieliśmy wśród gości trójkąt miłosny, dziewczynę i dwóch zakochanych w niej facetów. Przychodzili do parku na spacery, a potem do nas. Maciek "kulawy" Pół- Chińczyk i Kinga. W końcu nic z tego nie wyszło. Obserwujemy zaloty między klientami, same jednak mężów znalazłyśmy sobie gdzie indziej. W cukierence atmosferę podgrzewają także wizyty osób znanych ze szklanego ekranu. Każda z pań ma swojego ulubieńca, któremu koniecznie chce sprzedać ciasto. - Pamiętam Piotra Fronczewskiego, który kupił u nas tort ormiański. Banknot stuzłotowy, który mi wręczył, tak pachniał jego perfumami, że potem jeszcze na zapleczu z dziewczynami go wąchałam- opowiada pani Beata. Misia Zielińska również podkreśla, że na ciastku w jej kawiarni można spotkać aktorskie gwiazdy: - Przez 11 lat działania Misianki ani razu nie zareklamowaliśmy się za pieniądze. Wieść o nas rozeszła się sama, pocztą pantoflową. Mam wielu znajomych w środowisku artystyczno- filmowym, więc znane osoby też do Misianki zaglądają. Regularnie wpada Joanna Szczepkowska, która mieszka na Saskiej Kępie, a w dodatku ma teraz 2 psy. Przychodzi też Alicja Majewska, Janusz Gajos, Stefan Kopiczyński.

Kiedy powiem sobie dość

Pytam panią Misię, czy kiedykolwiek poważnie zastanawiała się nad tym, żeby zrezygnować. Natychmiast odpowiada, że nigdy. Widać, że energia wprost z niej kipi. Kawę idzie sobie zrobić do kuchni sama, a w drodze powrotnej sprawdza jeszcze, czy pracownice dokładnie pościerały kurze z lodówek. Nawet do gorszych momentów potrafi podejść z dystansem. Jest zakochana w Parku Skaryszewskim, okolicznych mieszkańcach i uważa, że gdzie indziej nie dałoby się stworzyć takiego klimatu. Nie zraziło jej ani 10 kradzieży, ani fakt, że przynajmniej raz do roku ktoś składa na nią donos. Chodzi o samochód, którym wjeżdża przez park do Misianki, aby dostarczyć ciasta.

Panie pracujące w Misiance także wydają się być zadowolone. Pani Beata, w Misiance od 8 lat, wcześniej pracowała w kawiarni, ale na nocną zmianę i była wieczne zmęczona. Tutaj ma więcej luzu i rodzinną atmosferę. Zdarzają się jednak i nieprzyjemne sytuacje. Klienci często zagadują dziewczyny, które ciasto mogą im polecić. Przez te kilka lat pracy w Misiance nauczyły się one, że trzeba proponować kilka gatunków ciasta. Najlepiej wypytać wcześniej o preferencje, o to, czy dana osoba woli smak słodki, czy wytrawny, torty ciężkie, czy lekkie. - Parę razy klient był niezadowolony z naszych propozycji. Kiedyś pewien pan kupił na przyjęcie dla żony tort macedoński. To przebój, jak chodzi o imprezy i rocznice. Szybko doszło jednak do reklamacji. Żona przyszła do Misianki z tortem, bo uznała, że jest "okropny i nie do zjedzenia". Okazało się, że przepada za tortem mocca, który ma kompletnie inny typ kremu. Pani była oburzona, że możemy w ogóle sprzedawać tort macedoński. Tymczasem większość klientów za nim przepada. Został stworzony według pomysłu rodowitej Jugosłowianki- opowiada pani Beata.

Wylęgarnia drobiazgów

Przaśny wystrój cukierenki też jest solą w oku pani Misi. Jednak to jedyny sposób, aby obronić się przez kradzieżami. Z Misianki znikały najzwyklejsze krzesła. Pani Misia chciała zamontować przed budynkiem drewniane ławy, na stałe przytwierdzone do podłoża. Tymczasem złodzieje wykręcili nawet huśtawkę z betonowymi zaczepami. Stąd plastikowe meble na zewnątrz, niczym z supermarketu. Misianka figurowała w różnych rankingach ciekawych miejsc w Warszawie, między innymi dwa lata z rzędu w "Newsweeku", ale za wystrój zawsze otrzymywała niewiele punktów.

Nie znaczy to jednak, że przedmioty zgromadzone w cukierence nie posiadają duszy.

Proszę panią Misię, żeby opowiedziała mi o Misiance poprzez zgromadzone w niej przedmioty. - Obraz olejny, który wisi obok kredensu, to prezent jeszcze z czasów szkolnych. Chodziłam do liceum plastycznego w Łazienkach, miałam w klasie kolegę, który się we mnie kochał. Obraz podarował mi na pamiątkę jednego z plenerów. Wstyd powiedzieć, ile ten obraz ma lat, pomału robi się z niego antyk- opowiada z zapałem Misia Zielińska.

- Od mojego syna dostałam serię zdjęć, które zrobił w Japonii. Wciąż namawiam go, żeby urządził jakąś wystawę, a póki co pokazuję kilka jego fotografii właśnie w Misiance.

Kredens odkupiłam od pani Beatki, mojej pracownicy. Wyciągnęła go podobno z piwnicy swoich znajomych. Jej mąż go odnowił, pomalował, no i teraz służy jako przechowalnia rozmaitych drobiazgów- kontynuuje.

Jednak najbardziej charakterystyczne dla Misianki są patchworki ze zdjęć przyniesionych przez klientów. Zaczęło się od tego, że stały gość przyniósł fotografię Kiwi, swojego pieska. Klienci wciąż przynoszą swoje portrety z czworonogami. Są wszędzie: na ścianach, parapetach, nawet pod szkłem na kawiarnianych blatach. Od razu widać, że cukiernia jest przyjazna czworonogom. Na środku stoi miska ze świeżą wodą, a także talerzyk z psimi przysmakami. Pod sufitem wiszą obrazki Bożeny Wahl, właścicielki słynnego schroniska dla zwierząt. Na ladzie stoi puszka, do której klienci wrzucają datki na wsparcie przytuliska.

Psów po Misiance kręci się mnóstwo. Mieszkańcy Saskiej przychodzą z nimi na spacery do parku, a potem wpadają do cukierni na kawkę. Czasem dojdzie do drobnej psiej sprzeczki, ale na szczekaniu się kończy. Panie, pracujące w Misiance, znają większość tych czworonogów po imieniu. Parę razy zdarzyło się, że któryś uciekł właścicielowi, no i pomagały w poszukiwaniach. Jednak nie zawsze jest wesoło. Pani Beata relacjonuje: - Mieliśmy tu dużo dramatów związanych ze zwierzakami. Rozeszła się fama, że jesteśmy przyjaźni zwierzętom i ludzie zaczęli nam podrzucać rozmaite stworzonka. Kiedyś znaleźliśmy w kontenerze na śmieci małego jamnika. Innym razem w kartonie, który ktoś postawił pod wejściem, odkryłyśmy 8 małych kotków.

Misianka kontra McŚwiat

Pod koniec mojej rozmowy z Misią Zielińską, do cukierenki wchodzi kobieta z dwójką dzieci. Pani Misia wita ją serdecznym "dzień dobry pani Agnieszko". Okazuje się, że to stała klientka, która przychodzi do Misianki od 9 lat. Dzieciom kupuje tym razem pierogi, sama zamawia sernik. Pytam ją, czemu lubi to miejsce. Jednak odpowiedź nasuwa się sama. Jej córeczka biega w najlepsze po całej kawiarni, a pani Misia z rozczuleniem zagaduje ją: - Ile ty masz już latek? Masz ochotę na bananowca (od red. tort bananowy)? W cukierni urządzono też urodziny syna pani Agnieszki. Latem, na powietrzu. Ciasto specjalnie na tę okazję udekorowano owocami. Przyszli zaproszeni goście, ale szybko dołączyli do nich napotkani znajomi.

Misianka to miejsce, w którym nie ma zadęcia i modniarskiego klimatu. Być może amatorom pół- litrowych kaw z sieciówek na Nowym Świecie nie przypadłoby to do gustu. Jednak stali goście kochają Misiankę właśnie za to, że jest bezpretensjonalna. Czas uroczo przecieka tu przez palce. Pani Misia mówi o tym krótko: - Jesteśmy swoistą alternatywą dla plastikowych kawiarni, w których króluje anonimowość, pośpiech, tłok, a wszystkie ciasta smakują tak samo.