Wagary na Kępie

Wojciech Wiśniewski
(Poniedziałek 17 Grudzień 2001)

Ach, iść na wagary po dobrze mi znanych ulicach, zakątkach, placykach. Wędrować donikąd i nigdzie się nie spieszyć. Spacerować nie za szybko, czasem wymienić ukłon powitania. Obserwować mijane ogródki, z których każdy jest inny. Wypatrywać rozkwitających hiacyntów i tulipanów, patrzeć na pędy drzew i krzewów. Z każdym nieomal miejscem wiążą się wspomnienia.

Nie spotkam już Teresy Roszkowskiej - malarki, scenografki Teatru Polskiego i Narodowego, pięknej, ekscentrycznej i eleganckiej Pani. Nosiła weneckie, długie aż po ramiona kolczyki. Gdy ją poznałem, mieszkała samotnie w niedużym domu przy ulicy Obrońców. Naturalnie, jeśli nie liczyć mnóstwa kotów i psów - jej najbliższych przyjaciół. Powiadała: "Ludzie to chamy, prawdziwymi przyjaciółmi są zwierzęta."Kochała bezdomne koty. W kuchni w olbrzymich garach gotowała ryby. A wieczorami w długim po kostki futrze z szynszyli chodziła po okolicznych śmietnikach i karmiła koty.

Podczas stanu wojennego natknęła się na patrol wojskowy: "Co pani tu robi w nocy? Jest stan wojenny, godzina milicyjna!" Podobno wzruszyła ramionami, zdziwiona: "Co, na Saskiej Kępie? To niemożliwe!"

Nigdy nie zamykała okna od piwnicy, żeby ukochane koty mogły wejść. Tamtędy wdarli się którejś nocy bandyci. Zamordowali panią Teresę, grabiąc biżuterię i cenne przedmioty. Byliśmy wstrząśnięci.

Wiele lat temu, panie - jak Teresa Roszkowska - biegały letnim rankiem w szlafrokach na pobliską Francuską, kupić świeże bułeczki, masło, mleko prosto od krowy, sery lub świeże, pachnące jeszcze pomidory. Nawet w czasach siermiężnego socjalizmu, gdy masło sprzedawano na kartki, w niepozornych sklepikach na Francuskiej, w których stała jedynie woda sodowa, można było kupić wszystko spod lady.

Dawno temu nieraz stałem na czatach na rogu Obrońców i Katowickiej, gdzie kolega wdrapywał się na pierwsze piętro do ukochanej Madzi, jednej z córek Tomasza Zana. Panienki były surowo chowane i miały zakaz wychodzenia z domu po zmierzchu. Nie przypuszczałem wtedy, że kiedyś napiszę Ostatniego z rodu - książkę o pułkowniku Tomaszu Zanie, relacjonującą przygody i przeżycia potomka Zana - Promienistego, wiernego druha Adama Mickiewicza.

Stąd tylko parę kroków do ulicy Zwycięzców, przy której niegdyś mieszkał Jerzy Waldorff. Spotykano go o każdej porze dnia i nocy, spacerującego z ulubionym jamnikiem Puzonem. Widywałem nieraz, jak zawzięcie dyskutował z Witoldem Lutosławskim, także mieszkającym na Kępie. Dysputa zazwyczaj kończyła się przy kawie w jedynej podówczas kawiarence - w Bistrze na rogu Walecznych i Francuskiej, w którym spotykali się kępiacy, bo prawie wszyscy się znali.

Mieszkałem na ulicy Walecznych blisko Wisły i tajemnymi, sobie tylko znanymi skrótami szedłem przez ogródki, podwórka na przełaj na ulicę Paryską do gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Siedziałem w jednej ławce z Ferdkiem Radziwiłłem. Łączyła nas pasja zbierania znaczków. Ferdek miał w swoich zbiorach skarb, o którym marzyłem - serię z Marszałkiem Piłsudskim. Chętnie chodziliśmy na wagary w chaszcze i wikliny nadwiślańskie.

I to mi pozostało, idę więc dalej - na przełaj Saską Kępą.