Uczulona na Kępę

Saska Kępa Agnieszki Osieckiej

Magdalena Karst
(Piątek 27 Styczeń 2006)

Żyła w biegu, nieustannie podróżując po Polsce i świecie. Nigdzie nie zagrzała miejsca na dłużej, ale wszędzie znajdowała schronienie i spotykała życzliwych ludzi: i w Kazimierzu nad Wisłą, i na Mazurach we wsi Krzyże. W Londynie odwiedzała ciotkę Zofię Arciszewską; we Francji chłonęła atmosferę paryskiej "Kultury" goszcząc u Giedroycia i Hertzów. Często wyjeżdżała za ocean: służbowo, towarzysko, za mężczyzną.

Była prawdziwą kosmopolitką, jak pragnął tego jej ojciec, ale też poliglotką, na którą ją wychowywał. Z rosyjskiego tłumaczyła Bułata Okudżawę, z angielskiego Emily Dickinson. We Francji rozmawiała po francusku, a niemieckiego nauczyła się jeszcze w dzieciństwie od swej pierwszej wychowawczyni-nauczycielki, ni to niani, ni guwernantki, po prostu pani Niny, którą sama nazywała "czarną wroną".

Gdyby jednak zapytać kogokolwiek z jej bliskich i przyjaciół, ją samą, które miejsce najbardziej kojarzy się z Osiecką, nikt na pewno nie powiedziałby: Dąbki, Zakopane, Nowy Jork, a nawet Warszawa. Ale wszyscy zapewne odpowiedzieliby chórem: Saska Kępa. Na Saskiej Kępie, podobnie jak na całym świecie, Agnieszka O. potrafiła znaleźć wspólny język z każdym: z milicjantem dyżurującym przy sąsiedniej ambasadzie i cinkciarzem, z artystą i menelem, z kelnerką, szewcem i przypadkowym przechodniem.

Dziś, dziewięć lat po swej śmierci, Agnieszka Osiecka jest legendą Saskiej Kępy bardziej niż ktokolwiek inny.

NA POCZĄTKU

Z pamiętnika dziewięcioletniej Agnieszki: "W 1939 r. wróciłam z Zakopanego do Warszawy. Miałam trzy lata. Na początku mieszkałam z rodzicami na Saskiej Kępie na ulicy Jakubowskiej 16. Miałam tam swój pokój, który był mały, ale był śliczny. Potem mieszkałam z Tatuśkiem i Mamuśką też na ulicy Jakubowskiej, ale pod numerem 14 m.2. Ponieważ była to, jak wspominałam, okupacja niemiecka, rodzice nie posyłali mnie do szkoły i mieliśmy w domu wychowawczynię i nauczycielkę w jednej osobie.

Pewnego razu byliśmy (tzn. Mama, Tata i ja) w naszej kawiarni i jedliśmy obiad. O piątej godzinie wieczorem wybuchło Powstanie przeciw Niemcom. Pod koniec Powstania Niemcy wysiedlali Polaków do różnych obozów. Gdy wróciliśmy z obozu, okazało się, że nasze mieszkanie jest zburzone".

Agnieszka O. w książce "Zabiłam ptaka w locie": "Wchodzimy do naszego przedwojennego, wielkiego mieszkania. Jest na pół zburzone. Wszystkie rzeczy rozkradzione. Na środku dawnego salonu, wśród gruzu, wyszczerza się odrapany fortepian, Bechstein. Na ziemi wala się album z rodzinnymi zdjęciami. Bo i komuż była potrzebna ta kolekcja! Ojciec podnosi album z ziemi i kładzie na kamiennej półce. Wychodzi i za pół godziny wraca. Prowadzi tęgą kobietę, pachnącą fasolą. Sprzedaje jej fortepian. Od tej samej kobiety wynajmuje dwupokojowe mieszkanie na sąsiedniej ulicy".

Jeszcze w czasach okupacji, przed Powstaniem Warszawskim, życie na Saskiej Kępie toczyło się przedwojennym rytmem. Panienki z dobrych domów, a do nich należała Agnieszka Osiecka, uczyły się języków obcych i uczęszczały na lekcje muzyki. Rodzice dbali o staranne wychowanie swych dzieci i nawet szaleństwo wojny nie usprawiedliwiało lenistwa.

Po wojnie, w dobie Polski Ludowej, mieszkańców Saskiej Kępy traktowano jak innych, obcych, bo wywodzących się z inteligencji o ziemiańskich korzeniach. Na studiach dziennikarskich wypominano Osieckiej mieszkanie na Saskiej Kępie, biały telefon i mieszczańskie maniery. Nawet w STS-ie grupa artystów zdominowana przez inteligencki Żoliborz, początkowo traktowała Osiecką jak dziewczynę z innego wymiaru, jak panienkę z białego dworku. Saska Kępa kojarzyła się bowiem z innym światem i z przedwojennymi czyli burżujskimi tradycjami. Było to paradoksalne, gdyż rdzenni kępianie pokochali swą dzielnicę za jej prowincjonalizm i swojskość. I zawsze czuli się odrębni od Warszawy i warszawki.

Ale w czasach dzieciństwa, wszystko to nie miało najmniejszego znaczenia. Saska Kępa i lewy brzeg Wisły to był cały świat Agnieszki.

DZIECIŃSTWO I UKOCHANA WISŁA

Agnieszka O.: "Dla mnie Warszawa po drugiej stronie Wisły to było inne miasto. Kiedy byłam dzieckiem dziesięcioletnim, po drugiej stronie rzeki były miny i ruiny. Dziecko nie miało tam czego szukać. Saską Kępę opuszczali tylko dorośli. Jeżeli jednak, zabrano nas na drugą stronę, był to powód do dumy. Mówiło się wtedy: wiesz, byłam w Warszawie! Na Saskiej Kępie było wprost prześlicznie. Wisła była czyściuteńka i dawała mi wiele radości. Latem w kostiumie kąpielowym przebiegałam Wał Miedzyszyński i już byłam nad rzeką. Ojciec chodził ze mną i budował mi zamki z piasku. Kiedyś powiedziałam do niego: tato, tato zobacz, ten zamek jest dorosły, bo rzuca cień. Wtedy wydawało mi się, że tylko dorośli rzucają cień.

W zimie też było tysiące rozrywek. Na przykład kiedy chodziłam do powszechniaka numer siedemdziesiąt ileś, usytuowanego gdzieś między Saską Kępą a ogródkami działkowymi, chyba w roku 47, była powódź. Była to bajka potworna i piękna. Pani Czarnecka powiedziała, żeby broń Boże nie iść po lekcjach nad Wisłę, tylko prosto do domu. W związku z tym wszyscy, cała szkoła, poszliśmy nad Wisłę i zachwyceni obejrzeliśmy pochód kry po rzece oraz pełne huku i trzasku zawalenie się mostu wysokowodnego na Pradze. Potem długo marzyliśmy o tym, żeby pływać kajakami po saskokępskich ulicach.

Mogłabym też przysiąc, że widziałam, jak któregoś dnia na Saskiej Kępie przeleciał samolot pod mostem. Pytałam o to moich rówieśników, ale nikt oprócz mnie tego nie widział. Może mi się to śniło?".

Osiecka była związana z rzeką przez całe życie. Wodę nazywała swym żywiołem szczęścia. Jako dziecko, marzące o karierze biologa, biegała nad Wisłę, by sprawdzić czy można żabie spojrzeć w oczy. Na Wiśle wodowała swoją łódkę "Mister Paganini"; kupioną tuż po tym, jak odniosła swój pierwszy sukces w Opolu. Nie bała się samotnych spacerów brzegiem Wisły i samotnych kąpieli w rzece. "Sama chodziłam nad Wisłę i będę to czynić, aż do chwili, gdy Wisła się oczyści i pokryje białym piaskiem" - powtarzała uparcie jak przystało na niepoprawną optymistkę, którą chyba nie była. I wspominała nadwiślańskich wędkarzy, którzy nie opuścili swych łowisk nawet wtedy, gdy Papież przejeżdżał przez Warszawę.

PARK SKARYSZEWSKI

Osiecka nazywała go parkiem swojego życia. Spacerując po jego alejkach, zdarła niejedne buty i wymyśliła niejeden rym.

Jeden z odcinków cyklu "Rozmowy o zmierzchu i świcie" - wywiadu-rzeki, jaki z poetką zrobiła Magda Umer, nakręcono w scenerii Parku Skaryszewskiego. Osiecka ubrana w białą bluzkę i białą marynarkę, siedząc na jednej z ławek, odbywa podróż sentymentalną do okresu swej młodości, do czasów gimnazjalnych.

Daniel P.: "Marzyła o mieszkaniu z widokiem na ten park. Odwiedzała go dosłownie do ostatnich dni przed śmiercią".

GIMNAZJUM IM. MARII SKŁODOWSKIEJ-CURIE NA SASKIEJ KĘPIE

Była to szkoła z tradycjami. Strzeżono w niej moralności i przestrzegano dobrych manier, a tuż przed maturą do uczennic nie zwracano się już po imieniu, lecz per "panno" lub "pani".

Agnieszka rozpoczęła naukę w tej przedwojennej szkole, której gmach mieścił się na ulicy Obrońców, w wieku dwunastu lat. W dorosłym życiu z rozrzewnieniem wspominała ten okres, jako niezwykłą przygodę. Z biegiem lat nie miało już posmaku goryczy wspomnienie pierwszej miłosnej porażki i o mały włos nie zdanej matury.

Agnieszka O.: "Nasze gimnazjum, chociaż żeńskie, było cudowne. Szkoła ta była jak Tajemniczy Ogród. Nasza dyrektorka - Zanowa - była, jak mi się zdaje, rodzoną prawnuczką Tomasza Zana. Jako potomkini filomatów i filaretów, rzadko opuszczała swój posterunek na pierwszym piętrze. Zastępczynią jej była łacinniczka, pani Daabowa. Bałyśmy się jej jak ognia, w każdym razie jak zimnego ognia. Pani Daabowa była podobno w prostej linii potomkinią Gotów i Wizygotów.

Pani Różańska, która była jedyną osobą w szkole, używającą szminki - była to szminka w kolorze maku - i jedyną nauczycielką, która chodziła na wysokich obcasach, uczyła mnie polskiego. Wychowała ona wiele pokoleń na Saskiej Kępie i jej zawdzięczam wszystko, co wiem o pisaniu. Pani Piotrowska uczyła nas moralności, a pani Bornholmowa - historii. Wspaniale opowiadała nasza historyczka o marksizmie utopijnym. Umarła 13 grudnia 1981 roku. Piękna to data dla historyka, okrągła. Biednych dzieci w naszym gimnazjum nie było, o czym decydowała dzielnica. Baśka Rzewuska z mojej klasy mieszkała w pokojach zatłoczonych meblami z rozparcelowanego dworku. Jeden chłopak, chyba Surmiński, jeździł na koniu po Wale. Na rogu Obrońców chodziłam na prywatki do willi w zamurowanym ogrodzie, gdzie pokoje miały nazwy: niebieski, perski, itd. Marcin miał terrarium w pokoju. Staszek Gobether - stare płyty". Agnieszka miała piłkę do gry w siatkówkę, co imponowało kolegom.

Na studniówce Agnieszki O. przygrywała prawdziwa orkiestra Charlsa Bovary'ego , w której grał jej ojciec. Strzegąca moralności pani dyrektor, chodziła po sali z centymetrem i mierzyła odległości między partnerami w tańcu. Oburzony tą pruderią obyczajów tata-Wiktor tak przytulił w tańcu córkę, że dyrektorka omal nie zemdlała.

Agnieszka O.: "W miarę jak stalinizm nabierał rumieńców, nasza żeńska pensja zaczynała być coraz bardziej wadząca, aż w końcu wcielono ją do TPD i słuch wszelki po niej zaginął".

DĄBROWIECKA 25

W dwupokojowym, parterowym mieszkaniu na Dąbrowieckiej Osiecka spędziła ogromną część życia. Zawsze tu powracała, czasem z całkiem bliska - z Falenicy, innym razem z bardzo daleka - zza oceanu. W dzieciństwie i młodości mieszkała tu z matką i ojcem. Gdy dostała się na Wydział Dziennikarstwa, ojciec przywiesił na drzwiach tabliczkę: Agnieszka Osiecka - studentka UW.

Po rozstaniu rodziców Agnieszka została w mieszkaniu na Dąbrowieckiej z matką i kotem. Bo poetka uwielbiała koty i zawsze jakiś kręcił się po mieszkaniu i ocierał o nogi. Prawie domownikiem i w całości członkiem rodziny była pani Helenka - niania, opiekunka, dobry duch.

Od czasy do czasu Agnieszka gościła w mieszkaniu na Dąbrowieckiej przyjaciółki, na babskich spotkaniach zwanych "lamentami". Podobno zdarzało się, że zabrakło widelca lub talerzyka, ale kawior i szampan był zawsze.

Mieszkanie na Dąbrowieckiej na przestrzeni kilku dziesięcioleci niewiele się zmieniło.

Hanna B.: "Dość ciemny przedpokój. Zapastowany na śmierć dębowy parkiet. Pokój Agnieszki znajdował się po prawej stronie. Chyba nigdy nie było tam tak naprawdę posprzątane, bo miała męsko-dziennikarski charakter. Na wprost drzwi, sprzecznie z zasadami feng shui, stał panieński tapczanik. Biureczko stało pod oknem. Blat biureczka był swoistą gazetką ścienną. Pod szkło wkładała najważniejsze papiery i zdjęcia oraz swoje notatki, myśli i przypomnienia. Na tym wszystkim stała duża maszyna do pisania".

Na biurku poetki mieścił się cały jej świat.

I zawsze był bałagan. Ale nigdy nie leżały tam otwarte nożyczki, gdyż Agnieszka tego nie cierpiała.. Osiecka nie wyobrażała sobie życia bez tego pokoiku. Gdy w latach siedemdziesiątych po nabyciu segmentu w Falenicy, zgodnie z obowiązującym wówczas prawem, musiała wymeldować się z Dąbrowieckiej, posunęła się do ostateczności, aby tylko nie odebrano matce mieszkania lub nie dokwaterowano kogoś obcego. Napisała list do premiera P. Jaroszewicza.

Agnieszka O.: "Szanowny Panie Premierze, pozwalam sobie pisać do Pana, ponieważ znalazłam się w prawdziwie smutnej sytuacji życiowej. Mieszkam z Matką, Marią Osiecką, w dwupokojowym mieszkaniu na Saskiej Kępie. Niestety musiałam się stamtąd wymeldować, ponieważ kupiłam segment własnościowy. Jednak z mieszkaniem mojej matki jestem gorąco związana. Mój pokój w tym mieszkaniu jest mi ogromnie potrzebny do pracy. Wreszcie - wiążą mnie z tym mieszkaniem więzy uczuciowe, powojenna odbudowa i tak dalej. Panie Premierze. Nie wyobrażam sobie życia bez tego pokoiku". Premier najwidoczniej uległ. Panie Osieckie zatrzymały mieszkanie w całości, ale Agnieszka nigdy już nie miała do niego kluczy.

Hanna B.: "Mówiła, że w tym mieszkaniu nie jest zameldowana, że Mama uważa je wyłącznie za swoje, i że ona jest w nim gościem od trzydziestu lat". Po śmierci matki, poetka odzwyczajona od korzystania z klucza, niejednokrotnie zostawiła otwarte drzwi do mieszkania. Czyniła to bądź w roztargnieniu, bądź w naiwnej wierze, że na Saskiej Kępie nie może przydarzyć się nic złego. Agnieszka czuła się bezpiecznie w dzielnicy, gdzie :na nielicznych tylko oknach widać kraty, a co drugie drzwi można otworzyć patykiem". Ale Kępa się zmieniała. Do świątyni poetki na Dąbrowieckiej nieraz zajrzał złodziej, a artystkę otoczoną przez kępian wielką estymą - Teresę Roszkowską - która mieszkała na Obrońców, zamordowano we własnym mieszkaniu.

KAWIARNIE, BARY, SPACERY

"Odrobina dekadenckiego wdzięku, zapach mocnej kawy i pozbawiona ostentacji sympatia dla starych zasad" - tak Osiecka charakteryzowała Kępę.

Agata P.: "Na Saskiej Kępie ważne jest , którą stroną Francuskiej się chodzi. Ponieważ mama chodziła prawą stroną (patrząc od Ronda Waszyngtona) uważała, że jest to lepsza strona. Czasem przekraczała Francuską i szła ulicą Walecznych, gdzie na końcu jest ciastkarnia, zatrzymywała się też w jednym z dwóch baro-kawiarni. Korzystała z Kępy jak z mikrokosmosu, w którym miała właściwie wszystko: bary, księgarnie, ulubione Rondo Waszyngtona skąd namiętnie chodziła spacerkiem do Parku Skaryszewskiego. Tylko do banku musiała jeździć do miasta. Mówiła wtedy, że przeprawia się przez rzekę".

Hanna B.: "Spotykałyśmy się przy cukierence Irena. Ja miałam piersiówkę po babci, srebrną, pojemność 200. Była tam nalana whisky. Wyruszałyśmy od domku do domku, pić zdrowie domków. Bardzo się kłócąc przy tym, ile za który domek wypić, bo według mnie niektóre z nich nie zasłużyły nawet na kropelkę, a Agnieszka chciała sobie właśnie przy nich żłopnąć. Jej poranne picie kojarzyło mi się z Saską Kępą".

Osiecka miała na Kępie swoje ulubione miejsca. Bar Expresso na Rondzie Waszyngtona nazywała cukierenką i traktowała jak biuro. Często umawiała się tu na wywiady i zawsze czytała darmową gazetę wydawaną przez społeczność Kępy. W latach świetności zaglądała do Sułtana - kawiarenki, o której piękną piosenkę napisał przyjaciel Agnieszki - Jeremi Przybora. Z upływem lat coraz częściej zaglądała do baru Sax, który wcześniej nazywano Podhalem lub Podhalańską.

Przyjaciel z Kępy: "Agnieszka zrobiła z Saksa instytucję. Miała tu swoje krzesło, na dole, tyłem do drzwi. Przychodziła o ósmej rano. Jeśli chodzi o alkohol była bezpruderyjna. Rano zamawiała "dzień dobry" - czyli gin z tonikiem, "szarlotkę" - żubrówkę z sokiem jabłkowym lub "haczyka" - to cola z winiakiem na sam początek, żeby się zahaczyć. Ale nie używała pijackiego slangu, to była prawdziwa dama. Piła, lecz myślała chlujnie. Szybko trzeźwiała. Pisanie piosenek nie sprawiało jej najmniejszej trudności: brała pięćdziesiątkę, wyjmowała serwetkę. Zanim kieliszek był pusty, miała już piosenkę - szlagier. W Saksie na serwetkach nikt nic nie zapisywał, przez szacunek dla Agusi. Piła bo szukała normalności, domu. Domem był Sax".

EPILOG

Co ciekawe, pomnik Agnieszki Osieckiej znajduje się nie na Saskiej Kępie, ale przed Collegium Maius Uniwersytetu Opolskiego.

Jedyną piosenką, w której poetka przywołuje Saską Kępę wprost jest Małgośka." To był maj, pachniała Saska Kępa" - gdy słucha się tych słów, trudno uwierzyć, że Osiecka była uczulona na pyłki. Najpiękniejsza Kępa - wiosenna, pachnąca, zapylona - była dla niej udręką. Dlaczego więc Agnieszka Osiecka tak bardzo umiłowała sobie najbardziej kwitnącą dzielnicę Warszawy, skoro była na nią uczulona? Ot, kolejny żart w jej życiu.