Miasto w misie

Kiedy miejsce, w którym mieszkasz, staje się twoją pasją - Magdalena Czerwosz.

Karolina Kopocz
(Piątek 06 Styczeń 2006)

Narodziła się z połączenia matki malarki i ojca rzeźbiarza. Jej rodzina zamieszkuje Saską od trzech pokoleń. Dziadek w latach 30. postawił dom na Zakopiańskiej. Przez ostatnie kilkanaście lat dzieli swoje życie między dwie pasje, z wzajemną dla nich szkodą. Z wykształcenia geolog, z powołania artystka. Kocha zieloną Kępę i gliniane figurki. Jest ceramikiem i przewodniczącą Samorządu Saskiej Kępy. Ma na swoim koncie trzy wystawy indywidualne i ponad 20 zbiorowych. Na co dzień pracuje w Centrum Promocji Praga Południe i przesiaduje w swojej pracowni. Jest członkiem ceramicznego stowarzyszenia KERAMOS. Za zardzewiałą furtką i dzikim ogrodem, za drewnianymi drzwiami, po dębowych schodach schodzę do centrum kultury i sztuki miasta w mieście, czyli Saskiej Kępy.

CIASTO W MIEŚCIE

Pierwszą pasją, która wpisana jest w jej metrykę, jest Saska Kępa. Tutaj stawiała swoje pierwsze kroki i przeskakiwała przez druciane płoty. Tu po skończonych studiach geologicznych doszła do wniosku, że chce się zajmować gliną, ale w ujęciu bardziej artystycznym. Ma plastyczne podejście do otaczającej ją rzeczywistości. Pierwsze lata swojego dzieciństwa spędziła na Zakopiańskiej. Na Zakopiańskiej tamtych lat(podobnie jest dziś, ale wiele osób z tamtego pokolenia odeszło) mieszkało wielu znanych polskich artystów plastyków. Byli przyjaciółmi jej rodziców. Jako podlotek wielokrotnie przesiadywałam w domach Bronisława Tomeckiego, Józefa Gosławskiego, Stanisława Sikory, Centkiewiczów i wielu, wielu innych. Tam był naprawdę niesamowity klimat. W powietrzu unosił się zapach gliny i farb, w pracowniach porozstawiane były sztalugi. Przesiąkła tym, wsiąkła w Saską. Właściwie ci ludzie i Saska to przecież jedno. Jedno wspomnienie i życie, wspólna historia. Z tamtym plastycznym towarzystwem związanych jest wiele anegdot.

- Na początku lat 50. odwiedził Saską, a konkretnie Związek Plastyków Polskich Pablo Picasso. Odbył się wykład, pogadanka z mistrzem, a później wszyscy zasiedli do stołu i wódki. Pod koniec lat 80., musi pani wybaczyć mam słabą pamięć do dat, na oficjalnej wizycie w Warszawie był król Hiszpanii Juan Carlos ze swoją szacowną małżonką. Zaszczycili swą obecnością Saską- przy okazji odsłonięcia tablicy upamiętniającej pobyt Picassa w stolicy. Autorem tablicy był wyżej wspomniany Stasiu Sikora. Byłam wtedy na tym odsłonięciu, pamiętam jakby to było dziś. Stasiu podszedł do króla i jego małżonki, aby ucałować ich dłonie i król zapytał kim jest. Stasiu odparł, że autorem tablicy. Po minucie dorzucił bez większego skrępowania, że z tych co wtedy z mistrzem Pablem pili on jest ostatni żyjący. Ta opowieść przeszła szumnie do historii Saskiej- opowiada.

Woń spalającej się gliny i farb to nie jedyne zapachy dzieciństwa. Pani Magda ze ślinką na języku wspomina zapach i smak tortów mokka. Historia tego przysmaku związana jest z okresem II Wojny Światowej. Pani Sołtyńska, jak wiele w tym okresie podupadłych szlachcianek, aby zarobić na wikt i opierunek dla rodziny piekła owe torty. Przepis jest tajemnicą rodzinną. Beza z zewnątrz twarda, a wewnątrz ciągnąca i mokra zdobyła sobie uznanie w całej Warszawie. Po wojnie gosposia pani Sołtyńskiej, pani Hania zaczęła sama trudnić się wypiekaniem owych tortów. Wszyscy, którzy chcieli zatopić zęby w kawowym specjale musieli sami zgłosić się do pani Hani z kilogramem cukru, kostką masła i zmieloną kawą. Jajka zapewniała sama. Pani Hania piekła tort i przy wydaniu zastrzegała, że trzeba oddać pudełko. Całe pokolenia się nimi zajadały. Warunek- znać panią Hanię i oddać pudełko. Dziś wnuczka pani Sołtyńskiej( również Hania) zna jeszcze tajemną recepturę. Nie piecze niestety na zamówienie. Torty można było też kupić w kawiarni Bistro- przesiadywali tam godzinami ze znajomymi w latach szczenięcych. Przysmak mokka serwował też Związek Plastyków na Foksal. Misianka wykorzystała legendę tych tortów. Te które można dostać w dawnym szalecie męskim, nie są tak fenomenalne, ale również smaczne.

- Opowiem pani jeszcze jedna anegdotę związaną z Misianką. Szalet w Skaryszewskim, w którym powstała ciastkarnia był zarówno męski jak i damski. Zwykło się o nim mówić w kategoriach męskiego, bo spotykali się tam na schadzki panowie, jeszcze w latach komuny. Nieraz przychodziliśmy tam i oglądaliśmy dystyngowanych panów z laseczkami przesiadujących na ławeczkach i prowadzących tajemnicza konwersacje. Mówiąc wprost było to miejsce spotkań gejów! Kiedy pani Ania Zielińska( Misia) zdecydowała się założyć tam kawiarnię ówczesne władze bardzo się ucieszyły. To był koniec lat 80. Trzeba pamiętać, że homoseksualizm był w tamtej Polsce tematem tabu. Sytuacja była dodatkowo oburzająca, bo miejsce schadzek znajdowało się na arystokratycznej Saskiej- perełce Warszawy. Chce mi się śmiać jak sobie o tym pomyślę- rozbawiona dodaje.

Dziś kiedy przechadza się saska promenadą - ulicą Francuską, czy Zakopiańską przypominają jej się zapachy i smaki minionych lat. Wiele się na tu od tamtego czasu zmieniło. Dom, w którym kiedyś mieszkała wypełnia inny duch. Pani Magda jako działaczka SS- Saskiego Samorządu- ocenia te zmiany. - Saska jest miastem w mieście. Ma naturalne granice- wiadomo skąd i dokąd sięga. Jest ograniczona Wisłą, Parkiem Skaryszewskim, działkami. Wszystkie inne dzielnice płynnie przechodzą jedna w drugą. Mamy tu do czynienie z pewną ciągłością pokoleniową. Ludzie mieszkają tu od lat. Napływ nowych mieszkańców nie jest w stanie zniszczyć ducha naszej dzielnicy. Oni są w mniejszości, bardzo szybko wrastają w ten klimat. Budują się nowe osiedla. Z jednej strony zjawisko to wpływa na poprawienie kondycji dzielnicy. Każdy organizm społeczny potrzebuje dopływu świeżej krwi. Z drugiej strony nowa zabudowa zupełnie nie pasują do przedwojennej siatki. Psuje zieloną, przytulna atmosferę. Stawia się za duże budynki. Burzy się stare, przepiękne kamienice. Starsi ludzie często czy to z powodów fizycznych czy tez czysto materialnych nie są w stanie w nich dłużej mieszkać. Inwestor wykupuje kilka takich działek, burzy zabudowę i tworzy zupełnie odstającego od reszty potwora. Powstają podziemne parkingi, jest coraz więcej samochodów. To się po prostu w naszym małym miasteczku nie mieści. Ostatnio taki przypadek miał miejsce na ulicy Wandy. Jak grzyby po deszczu urosły tam dwa wielkie budynki, koło nich od razu powstały sklepy. Zaczęło się robić tłoczno, na ulicach korki- koszmar. Można przecież stworzyć coś nowego, koegzystującego ze starym. Wystarczy odrobina wyobraźni. My jako samorząd próbujemy interweniować, nie zawsze się udaje. Problem polega na tym, że nie ma żadnego planu zagospodarowania przestrzennego. To jest to co zabija Saską Kępę, robi się za ciasno. Obniża się komfort zamieszkania. Oczywiście, że są i pozytywne strony. Po pierwsze w tej chwili wiele starych budynków jest odnawianych. Nie chwaląc się, ale dzięki staraniom samorządu zostały odnowione wszystkie stare latarnie na starej Saskiej Kępie. Są takie klimatyczne, w kształcie pastorałów. To bardzo rozświetliło naszą dzielnicę. Jest coraz więcej restaurowanych zabytków. Ogrody, które w latach PRL-u nieraz zarastały i dziczały, znów świecą swoim dawnym, przedwojennym blaskiem. Co roku jest ładniej i porządniej - wyjaśnia.

Saska to nie tylko piękne przedwojenne budynki, wspaniałe ogrody i ambasady. To przede wszystkim wspólnota sąsiadów. Wspólne historie które razem przezywali, a teraz często wspominają. Opowieści i osoby- legendy. Znajomi, zaprzyjaźnieni sklepikarze, u których wracając z pracy można wziąć coś "na kreskę". Nieopodal w sąsiedztwie, do niedawna działał warzywniak Pani Danusi. Za każdym razem kiedy przekraczało się próg sklepiku właścicielka krzyczała- Witamy w naszej fabryce kartofli, proszę o nas nie zapominać. Kiedy prosiło się o 3 pomidory, pani Danusia patrzyła spode łba i pytała- Chce mnie pani z torbami puścić? 3 kilo nie 3 pomidory. To są takie szczególiki, ale przecież z nich składa się życie. Powstaje cała swojsko- saska atmosfera.

MIASTO W MISIE

Mama miała dusze malarki, ojciec rzeźbiarza. Połączyli się w ceramice. On formował kształty, które ona ubierała w barwę. Pani Magda przez wiele lat tkwiła w zawieszeniu między kolorem, a formą. Przeważyła dusza rzeźbiarza- ojca. Jej prace, szczególnie te większe są tylko lekko patynowane, ozdobione delikatnym ornamentem. Jedynie malutkie figurki i broszki mienią się kolorami. Tworzy zarówno ceramikę użytkową- naczynia, jak i rzeźby w glinie. Ostatnio coraz częściej skłania się ku tym drugim.

-W ceramice są zawsze dwa nurty. Pierwszy nurt to ceramika, jak nam się potocznie kojarzy, czyli wszystkie rzeczy naczyniopodobne i same naczynia. Drugi nurt to polichromowana rzeźba w glinie. Ja robię obie te rzeczy. Lubię robić naczynia. Mają one bardzo proste, geometryczne formy. To kule lub walce. Bardzo pilnuję tej ascetyczności. Wynika to zapewne z fascynacji starożytną ceramiką cypryjską i południowoamerykańską preinkaską- wyjaśnia.

Misy i naczynia ozdabia ciężkim, czarnym ornamentem. Fascynuje ją opozycja chaosu i uporządkowania. W rzeczywistości nieosiągalna, dająca się wyrazić tylko w sztuce. Jej ornamenty są niepowtarzalne. Gdy przyglądamy się im z daleka wydają się być uporządkowana, regularne. Z bliska przekonujemy się, że w każdym centymetrze kwadratowym są zmienne. Diabeł tkwi w szczególe. Tą niesamowitą staranność i dbałość o szczegół widać szczególnie w jej rzeźbach. Przez ostatnie parę lat tworzy urbamisy, czyli miasta w misach. Ciężkie gliniane naczynie stanowi fundament do rozrastającego się w nim zamczyska, zapomnianego miasta. Ostatnio do tych zapomnianych zamków i wież zaczęły przylatywać smoczyce. Nieraz całe gromady przyjaznych potworów. Rozpościerają swe skrzydła nad glinianymi gankami i przysiadują na glinianych schodach. Odpoczywają na moment, aby za chwilę zniknąć gdzieś w przestrzeni.

"Zamykam małe części przestrzeni glinianymi ścianami, ale nigdy nie do końca. Dla bezpieczeństwa zostawiam przynajmniej mały otwór, tak aby zduszona przestrzeń nie niszczyła naczynia rozsadzając je od wewnątrz. Czasem zostawiam wiele otworów i wtedy przestrzeń swobodnie przelewa się przez nie. I tak jest najlepiej..."Magdalena Czerwosz