Jedyna w swoim rodzaju - Saska Kępa, czyli miasto w mieście

Lech Dąbrowski
(Sobota 29 Styczeń 2005)

Saska Kępa ma pewną swoją specyfikę, którą trudno określić, jak żadna inna dzielnica w Warszawie. Stanowi pewnego rodzaju enklawę. Leży po drugiej stronie Wisły i tym samym jest naturalnie oddzielona od reszty Warszawy będąc jednocześnie bardzo blisko centrum. Jest niszą, w której mogą przechować się egzotyczne gatunki, tak jak w przyrodzie. - pisze Katarzyna Pobratym w swojej pracy dyplomowej, obronionej w Laboratorium Reportażu.Jaka jest Saska Kępa? Czy to tylko miasto w mieście?

Zgodny chór
Anna z Branickich Wolska
Saska Kępa bywa często wyróżniana na przykład przez mojego syna. Kiedy miał 15 czy 16 lat kupiliśmy mu tutaj obok nas, na Mokotowie, mieszkanie. Właściwie to nawet pół takiego domu z dzikimi lokatorami. Tymczasem dość prędko, jak tylko zawładnął tym domem, to postanowił go zostawić i kupić sobie mieszkanie na Saskiej Kępie.

Do dziś twierdzi, że tylko tam się dobrze czuje i kocha tą dzielnicę. Kiedy próbuję go namówić żeby przeniósł się z powrotem tu, gdzie będziemy blisko siebie, odpowiada, że on się z Saskiej Kępy już nigdzie nie ruszy.

Myślę, że jest to dość charakterystyczne, że ci, którzy tam mieszkają nie chcą się za nic wynieść. Pamiętam, jak tak urocza osoba jak Agnieszka Osiecka, która była dzikim lokatorem w domu mojej ciotki Katarzyny Branickiej, pytała mnie czy nie zamierzam wkrótce wyrzucić jej z mieszkania. Naprawdę się tego bała.
Mikołaj Wolski
W czasach szkolnych mieszkałem wprawdzie na Mokotowie, ale na Saskiej Kępie miałem liczną grupkę kolegów i bardzo lubiłem ich odwiedzać. Zawsze mnie na Saską Kępę ciągnęło, często były to powody irracjonalne, czysto estetyczne, nieuchwytna atmosfera.

Muszę przyznać, że od kiedy mieszkam tu już na stałe, to wielką przyjemnością dla mnie jest przyjechanie na Saską Kępę, powiedzmy późnym popołudniem, szczególnie w maju, czerwcu, kiedy dni są dłuższe, i ta świadomość, że już nigdzie nie muszę się stąd ruszać. To jest takie odczucie jak bym wrócił do jakiegoś domu na wsi. Już zostaję w dzielnicy. Nawet jak mam pustą lodówkę to mogę pójść do którejś z restauracji. Mogę wziąć rower i ruszyć do parku, czy po prostu mogę popołudnie i wieczór spędzić spacerując.
Ewa Dybek
Nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej. Życie rzucało mną w różne strony, ale nigdzie indziej nie potrafiłabym żyć.

Mieszkając tu na Saskiej Kępie widzę jak starzeją się ludzie, których znam całe życie. Bo naprawdę rzadko się zdarza żeby ktoś z Saskiej Kępy odchodził, jeśli się odchodzi to już na cmentarz.
Mieszkaniec S.K. (chce pozostać anonimowy)
Saska Kępa ma pewną swoją specyfikę, którą trudno określić, jak żadna inna dzielnica w Warszawie. Stanowi pewnego rodzaju enklawę. Leży po drugiej stronie Wisły i tym samym jest naturalnie oddzielona od reszty Warszawy będąc jednocześnie bardzo blisko centrum. Jest niszą, w której mogą przechować się egzotyczne gatunki, tak jak w przyrodzie.
Kawcza, Holenderska i Saska
Mieszkaniec S.K. (chce pozostać anonimowy)
Prawdopodobnie w początkach XV w., po wielkiej powodzi, kiedy Wisła zmieniła swój nurt, Kępa została oderwana od Warszawy lewobrzeżnej. Wcześniej należała ona do miasteczka i parafii Solec - stąd nazwa Kępa Solecka, stanowiącego własność miasta starej Warszawy. Nowa odnoga oddzieliła Kępę od Solca, starorzeczem jest dziś Jeziorko Kamionkowskie. Jeszcze w XVI wieku największa z wiślanych kęp była niezamieszkana. Porastał ją gęsty las. Wówczas nazywano ją Kępą Kawczą. Prawdopodobnie od ptaków okupujących zarośla. Gdy w latach 1624-25 w Warszawie wybuchła zaraza, z kępy przywożono do miasta chrust do palenia ognisk. W ten sposób próbowano odegnać od miasta morowe powietrze. Olszyna porastająca Kawczą Kępę była wykorzystywana na pale do grodzenia ulic.

Wkrótce potem władze miejskie zdecydowały się na wydzierżawienie Kępy Kawczej, zwanej także Solecką, kolonistom holenderskim. Holendrzy słynęli z udanych prac melioracyjnych, więc dla Kępy Kawczej byli wybawieniem.

W niedługim czasie powstała tu cała osada holenderska, znana z hodowli bydła, sadów owocowych, stawów rybnych i uprawy jarzyn. Powstała nowa nazwa Kępa Holenderska lub Olęderska.

Kolonistom postawiono pewne warunki. Najważniejszy to zakaz stawiania kościoła protestanckiego, a także odprawiania nabożeństw w domach prywatnych. Sto lat wcześniej takie zakazy nikomu nie powstałyby nawet w głowie, przecież Rzeczpospolita szlachecka słynęła z największej w Europie tolerancji religijnej. Czasy panowania Zygmunta III Wazy to już jednak schyłek epoki tolerancji.

Holendrzy mieli prawo postawić młyn, piec chleb, warzyć piwo, palić gorzałkę. W mieście sprzedawali mleko, śmietanę, sery, jarzyny, owoce.

W kolejnych latach właściciele Kępy zmieniali się. Przez pewien czas należała do królewicza Jakuba, syna Jana Sobieskiego. W czasie wojny północnej wojska szwedzkie Karola XII stąd właśnie prowadziły główne działania przeciw Warszawie, zostawiając po sobie już tylko gruzy.

Za czasów saskich Kępa Holenderska stała się ulubionym miejscem zabaw i wycieczek. Najpierw dworu i możnych, później zaś całego miasta. Król August II Sas urządzał tu słynne wtedy majówki, zaś jego synowi Augustowi III Kępa tak przypadła do gustu, że w 1735 r. wydzierżawił ją od miasta na 35 lat. Dlatego stopniowo zapominano o Holandii, natomiast utrwalała się obecna nazwa - wzięta od Sasów.

W czasach stanisławowskich świetność Kępy na Wiśle wyraźnie podupada. W okresie powstania kościuszkowskiego, a następnie podczas wojen napoleońskich wycięto na Saskiej Kępie las łęgowy, składający się głównie z dębów - drewno potrzebne było na fortyfikacje Pragi. Niewiele jednak te fortyfikacje pomogły, skoro Suworow dokonał rzezi Pragi, a na Saskiej Kępie wojska pod dowództwem generała Denisowa pokonały powstańców, spychając niedobitki polskich oddziałów prosto do Wisły. Na całym terenie spalone zostały wówczas wszystkie zabudowania.

W 1896 r. rozkopano na Saskiej Kępie wielki kurhan, który okazał się zbiorową mogiłą polskich żołnierzy z 1794 r.

W czasach Królestwa Polskiego zbudowano w latach 1807-12, na koszt skarbu państwa, tamy antypowodziowe na Wiśle.

Po powstaniu styczniowym, wraz z budową pasów fortyfikacji rosyjskich, Saska Kępa znalazła się w strefie zakazu budowania. W efekcie utrzymała aż do pierwszej wojny światowej charakter miejsca popularnych zabaw.

W początkach XIX stulecia stała się miejscem kolonizacji niemieckiej, która uczyniła z niej miejsce popularnych wycieczek mieszkańców Warszawy. Na podzielonej na parcele Saskiej Kępie Schenkowie, Neumanowie i Wolframowie urządzili restauracje, karuzele, piwiarnie i sale tańca. Na niedzielne wycieczki od 1841 r. woził na Saską Kępę z warszawskiego brzegu rzeki statek "Kopernik". Przeprawiano się także łódkami. Największy ruch był tradycyjnie na Zielone Świątki i w pogodne niedziele wiosenne. Warszawiacy korzystali z usług licznych małych lokali gastronomicznych. W ich ogródkach bawili się na karuzelach i huśtawkach, strzelali do tarcz i grali w kręgle. Często odwiedzali również sale do tańca. Właściciele knajpek z Saskiej Kępy byli wyjątkowo zapobiegliwi. Zbudowane na niewielkich wzniesieniach "Prado", "Pod Dębem" i "Pod Lwem" przetrwały niejeden wylew Wisły, wraz szukającymi w nich schronienia gośćmi.
Mieszkaniec S.K.
W mojej obecności ścinany był olbrzymi dąb rosnący na rogu ulic Zwycięzców i Francuskiej. Chodziłem wówczas do szkoły powszechnej. Po jakiejś wichurze on się złamał, coś pękło i musiał zostać ścięty. Straszna szkoda, bo ten dąb pamiętał jeszcze czasy grubo przed pierwszą wojną światową. Od tego dębu pochodziła nazwa karczmy "Pod Dębem", o której to przed pierwszą wojną śpiewano: "...Saska Kępa zielenieje tańczą kurwy i złodzieje..." gdyż część mieszkańców Warszawy wyprawiała się na Kępę na hulanki, jak potem po wojnie na Młociny czy Bielany. Dąb był także bohaterem fotografii i rysunków, jakie robiono willi stanowiącej przed wojną własność sekretarza prezydenta Mościckiego-Łepkowskiego, gdyż rósł w obrębie jego posesji.

Aby chronić tereny Saskiej Kępy i Gocławka przed powodziami, zbudowano w latach 1906-12 11-kilometrowy Wał Miedzeszyński, który miał siedem metrów wysokości ponad poziom rzeki. W 1913 r. powstał most Poniatowskiego, a w 1916 r. przyłączono Saską Kępę do Warszawy.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Saska Kępa przeszła rewolucję. Zniknęły rozrywkowe ogródki, ale na brzegu dawnej Holandii jak zawsze opalali się i dla ochłody kąpali w Wiśle warszawscy letnicy. Tymczasem powstawać zaczęła dzielnica luksusowych rezydencji i zagranicznej dyplomacji. Zakładano ambasady. Swoje domy budowała na Saskiej Kępie arystokracja: Wielopolscy czy Radziwiłłowie.
Mieszkaniec S.K.
Rezydowali oni jednak najczęściej w jednym z wiejskich majątków a ich dzieci podróżowały po świecie. Jak się na Kępie spotkali to podejmowali jakieś zobowiązania, np., że nie powstanie knajpa w dzielnicy, bo im będzie przeszkadzał hałas.

Zdecydowanie bardziej klimat dzielnicy kształtowali przemysłowcy, inteligencja techniczna, prawnicy. Chociażby dużo wtedy inwestująca firma budowlana Pronaszko-Brudziński czy Rapaccy, właściciele cynkowni warszawskiej, którzy mieli jeden dom na ulicy Dąbrowieckiej a drugi na ulicy Kujawskiej.
Mikołaj Wolski
Moim zdaniem atmosfera międzywojnia wciąż jest na Kępie wyczuwalna. Może się to wiązać z ciągłością takiej niezależnej, awangardowej tradycji.
Powojenna degradacja
Mieszkaniec S.K.
W założeniach miała być to dzielnica willowa, elegancka. Wystarczy przecież spojrzeć na wille powstałe w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po wojnie, moim zdaniem, została naruszona koncepcja dzielnicy. Nie bez znaczenia był fakt braku planu zagospodarowania przestrzennego Warszawy i braku wyobraźni. Skoro przez wiele lat naczelnym architektem dzielnicy Saska Kępa był człowiek urodzony na Targówku, to jemu przecież było wszystko jedno czy postawią obok willi blok czteropiętrowy, z którego ludzie będą do ogródka pluli. On się cieszył, bo mu to bardziej jego własny dom przypominało.

Innym powodem degradacji była powojenna pauperyzacja. Społeczeństwo musiało być wymieszane, zatem obok siebie musieli mieszkać: robotnik, inżynier, profesor i złodziej.
Anna z Branickich Wolska
Pamiętam, że po wojnie Radziwiłłowie mieszkali na Saskiej Kępie w suterenie. Jeszcze przed wojną, czy już w czasie okupacji kupili wychowawczyni swoich dzieci mieszkanie na Saskiej Kępie. Oni podobnie jak my po powrocie z zesłania nie mieli się gdzie podziać. I tam do takiego pokoiku w suterenie wzięła ich ta niania. Wówczas domy napchane były ludźmi. W Warszawie prawie nikt nie mógł się zatrzymać. Wszyscy mostem pontonowym przechodzili za Wisłę i tam gdzieś się gnieździli. Radziwiłłowie mieszkali w tej suterenie 10 lat całą rodziną. Tak się wychował Ferdynand Radziwiłł, słynny lekarz i jego siostra Krysia.
Mieszkaniec S.K.
Po wojnie Saska Kępa była stosunkowo niewiele zniszczona. Ponieważ wszystkie te niezniszczone domy należały do burżuazji i inteligencji technicznej, która albo wyginęła na Syberii albo znalazła się na emigracji zawładnęli nimi możni ówczesnego świata: UB i partyjni sekretarze.
Anna z Branickich Wolska
Po trzech latach pobytu na zsyłce w Rosji wracaliśmy do ojczyzny z szaloną radością, że wreszcie będziemy w Polsce. Był rok 1947 późna jesień. Tymczasem zawieziono nas prosto do więzienia na ulicę Cyryla i Metodego i tam przesłuchiwani spędziliśmy dobrych parę dni. Myśmy przez te trzy lata w niewoli żyli bez gazet, radia. Nikt z nas nie wiedział, co tu po powrocie właściwie zastaniemy.

Polskie władze komunistyczne dały nam po jednej bluzce, po parze butów, które rozmiarem na nikogo nie pasowały i kazały iść przed siebie byle nie do dawnego majątku. Nie wolno nam było podejść bliżej niż 30 kilometrów. Powiedzieli nam, że to już nie jest nasz majątek, że my już nic nie posiadamy. I wtedy naprawdę nie wiedzieliśmy gdzie się podziać. Nie mieliśmy nikogo znajomego. Warszawa była zburzona. To była wielka zagadka, co ze sobą zrobić.

Pierwsza wersja, pamiętam, zakładała, że pojedziemy na jakiś dworzec, zawsze musi być jakiś dworzec, i że tam posadzimy matkę na jakiejś ławce z rzeczami a my z Marysią, moją siostrą, weźmiemy się do jakiegoś zamiatania. Ktoś da nam miotłę a my zamieciemy ten dworzec by w ten sposób zarobić, choć na pierwsze śniadanie.

Jednak na szczęście ktoś z tego tak zwanego PUR-u (Państwowy Urząd Repatriacyjny) zlitował się nad nami i wręczył nam broszurkę ze spisem tych, którzy mają już w Warszawie założone telefony. A nuż tam kogoś znajdziecie znajomego, powiedział. Szukałyśmy na "A" szukałyśmy na "B" nikogo nie było. I wreszcie na "C" znalazłyśmy pozycję "lekarz dentysta, Ceglińska". Przypomniało się nam, że my mieliśmy taką zaprzyjaźnioną dentystkę, która dodatkowo była przyjaciółką naszej matki.

Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy to możliwe, żeby ta starsza pani, która była osobą nadzwyczaj skromną, stała się na tyle przedsiębiorcza by załatwić sobie telefon, tym bardziej, że było ich tylko kilkadziesiąt w całej Warszawie.

Wpakowano nas do ciężarówki. Wrzucono te nasze tobołki i pojechałyśmy właśnie na Saską Kępę, pod adres znaleziony w tej broszurce, na Katowicką 9. Zatrzymaliśmy się przed piękną willą. Saska Kępa nie była prawie wcale zburzona. Pamiętam, niektóre domy były obtłuczone, niektóre miały dziurę w dachu, jakieś drzewo przy domu było złamane w połowie i to wszystko.

Wierzyć nam się nie chciało, że pani Ceglińska, która wyszła z Warszawy na pewno bez niczego, wyrzucona z własnego mieszkania, mieszka w takiej willi. Doszłyśmy do wniosku, że to na pewno jest ktoś inny o takim samym nazwisku. Ale szoferzy nie myśleli wiele, tylko nam te nasze toboły wyrzucili na ulicę i odjechali. I myśmy tak zostały na ulicy w tych naszych kożuchach bez zapięcia tylko przewiązanych paskiem, z czajnikiem przewieszonym na sznurku przez ramię, pamiętam, że czajnik był całym naszym skarbem, w rękach jakieś rondle a to już zaczął zapadać zmierzch.

Stałyśmy na chodniku, nikt nie przechodził, naprawdę byłyśmy przerażone, że zostajemy zupełnie jak na pustyni. Nie mogłyśmy się zdecydować, kto pójdzie zadzwonić do drzwi. Wreszcie ja poszłam zadzwonić, mama cały czas się głośno modliła. Zadzwoniłam. Słyszę jakieś kroki wreszcie drzwi się otwierają i na progu stoi służąca pani Ceglińskiej Marysia, która też nas dobrze znała i krzyczy: "Jezus Maria, kto to przyjechał, pani doktor proszę przyjść zobaczyć!" Pani Ceglińska nas zaraz wyściskała, wycałowała i wciągnęła do domu.

Okazało się, że jej córka wyszła za mąż za profesora Lacherta, sławnego architekta Warszawy, właściwie najsławniejszego w owym czasie. Ta willa, przed którą stałyśmy, wybudowana przez niego jest do dziś pokazywana we wszystkich albumach jako jedno z jego wielkich dzieł.

To był wielki cud, że udało nam się trafić na takie dobre osoby. Ugościli nas, nakarmili, odstąpili nam swoje pokoje. Pamiętam, że tam był bardzo dziwny rozkład pokoi. Wszystkie się ze sobą jakoś łączyły. Toteż wcale nie było tak łatwo takich gości jak my gdzieś uplasować.

To była największa rola Saskiej Kępy w moim życiu. Zawsze pozostanę wdzięczna państwu Lachertom za to, że tak nas wówczas przyjęli. Tym bardziej, że profesor Lachert był wtedy zaangażowany w projektowanie różnych budowli warszawskich i to na pewno było źle widziane, że on w domu trzyma takie dziwne towarzystwo.

To były naprawdę bardzo ciężkie czasy.
Reprezentacyjna dzielnica Warszawy
Mikołaj Wolski
Moim zdaniem, w Warszawie możemy wyodrębnić trzy najciekawsze i najładniejsze dzielnice: Saską Kępę, Stary Żoliborz i Górny Mokotów.

Mieszkałem przez wiele lat na Mokotowie i mimo, że jest to dzielnica ładna a wille są tam starsze i niekiedy znacznie okazalsze, nie ma tam atmosfery tych ulic handlowych. Ulica Puławska i Aleje Niepodległości są brzydkie i bezosobowe a wyjście na nie w celach handlowych jest po prostu koniecznością a nie przyjemnością. Podobnie, w przypadku Żoliborza, może i domy są ładniejsze, ale główne centrum, Plac Wilsona, też moim zdaniem jest bezosobowy.

W Saskiej Kępie pociąga mnie to, że jest to najstarsza naturalnie istniejąca dzielnica Warszawy. Jako jedyna istnieje w naturalnych i jednocześnie niesłychanie klarownych granicach zamknięcia. Z jednej strony zamyka ją Wisła, z drugiej Park Skaryszewski i stadion dziesięciolecia z trzeciej ulica Międzynarodowa czy Saska i w końcu z czwartej powstała już znacznie później Trasa Łazienkowska. Dzielnicę tworzy taka potrójna oś: ulica Saska, Francuska i Wał Międzyszyński. Wokół tej osi usytuowane są uliczki willowe.
Zielona dzielnica
Mieszkaniec S.K
Na Saskiej Kępie mieszkam od urodzenia. Przeprowadzenie się do innej dzielnicy nie sprawiłoby mi kłopotu gdyż posiadam nieruchomości także na Mokotowie i Żoliborzu, ale czuję pewną nostalgię.

Próbowałem mieszkać w różnych miejscach i zawsze tu wracałem, mimo, że zdaję sobie sprawę, że Saka Kępa nie jest dzielnicą zdrową. Jest to pradolina Wisły. Większość ludzi, zwłaszcza osoby starsze, które przeżyły dłuższą część czasu w tej dzielnicy ma symptomy choroby reumatycznej. Ja sam uniknąłem tego, ponieważ cześć swojego życia spędziłem w Afryce i na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

Dzielnica ta ze względu na swoja specyfikę wymaga specjalnego rodzaju budownictwa zwłaszcza odpowiednich izolacji, żeby od tej wilgoci się chronić.

Dzięki tym wysokim wodom gruntowym jednakże dzielnica jest mocno zadrzewiona i zielona. Wszystko, więc ma swoje plusy i minusy. Na przykład swojego ogrodu mogę dwa miesiące nie podlewać i rośliny nie zwiędną ani nie uschną. Nie znam takiego drugiego miejsca w Warszawie.
Francuska
Ewa Dybek
Najbardziej zielona jest zdecydowanie ulica Francuska. Na i wokół Francuskiej znaleźć można wszystko, co jest potrzebne mieszkańcom: poczta, księgarnia, kiosk ruchu, zegarmistrz, delikatesy i sklepiki spożywcze w tym wiele czynnych do późna.

Z czasów wczesnej młodości najbardziej zapamiętałam sklep z lekarzem lalek na Francuskiej. Urzędował w nim pan, który naprawiał lalki. Lubiliśmy tam chodzić, chociaż jako małe dzieci trochę się go obawialiśmy. Był dla nas straszny i te leżące wszędzie głowy i korpusy lalek. Ale za każdym razem przechodząc Francuską trzeba było do tego sklepu zajrzeć, bo był taki niesamowity.
Mieszkaniec S.K.
Było pełno malutkich sklepików. Na przykład pamiętam, że na rogu ulic Francuskiej i Lipskiej był sklep rybny, którego wystawę stanowiło akwarium. Pływały w nim ryby i można było sobie konkretną rybę wybrać. Nie było takiego drugiego sklepu w całej Warszawie.
Mikołaj Wolski
Wyjście na Francuską jest zawsze przyjemne. Ulica jest ładna i zielona, można na niej spotkać kogoś znajomego. Na rogu stoją zawsze ci sami, rozpoznawalni kwiaciarze, wpisani w tę dzielnicę.
Ewa Dybek
Lubię iść i patrzeć jak ludzie siedzą w kawiarenkach zwłaszcza latem, na dworze pod parasolami. Nawet jak sama nie siadam to sprawia mi przyjemność patrzenie na innych.

Takiego odcinka: całe ulice Paryska i Francuska do ronda Waszyngtona na pewno bym nie przeszła gdybym nie szła po Paryskiej i Francuskiej właśnie. Od dłuższego czasu mam kłopoty z chodzeniem, ale kiedy idę wśród zieleni, kiedy oglądam znajome miejsca i patrzę jak się zmieniają to w ogóle nie czuję tej odległości.
Ambasady
Ewa Dybek
Saska Kępa od przedwojnia, kiedy to w okazałych willach mieściły się ambasady i rezydencje ambasadorów a ulice miały nazwy z całego świata, miała posmak dzielnicy elitarnej. Zatem i po wojnie ambasady się tu garnęły. Podnosiło to status a także i bezpieczeństwo dzielnicy.
Mieszkaniec S.K.
Ambasady były naszym pierwszym kontaktem z obczyzną przy ówczesnej izolacji. Mieszkańcy ambasad robili zakupy, widać było, że są inaczej ubrani, inaczej się zachowują, że jeżdżą czystymi samochodami. Wszystko to nie było bez znaczenia dla dzielnicy.

Na ulicy Obrońców była ambasada Belgii. Pamiętam, jak w latach sześćdziesiątych uczestniczyłem w zorganizowanym przez szkołę proteście „Ręce precz od Konga”. Miało to miejsce bezpośrednio po zamordowaniu Patricea Lumumby. Oczywiście, władze napuściły milicję na tę protestującą młodzież, żeby pokazać jak sprawnie działają i ci, co nie byli z Kępy i nie wiedzieli jak uciekać dostali niezłe lanie pałkami.
Anna z Branickich Wolska
Pamiętam, że często bywaliśmy w Ambasadzie Argentyny, przyjaźniliśmy się z ambasadorem i jego żoną, która była kuzynką mojego męża. Nazywała się Plucińska z domu. Była Polką, która całe życie spędziła w Argentynie. Potem wyszła za Argentyńczyka i przyjechała do Polski jako pani ambasadorowa. Była szalenie gościnna i serdeczna dla Polaków. I ponieważ miała warunki; dużo pokoi, służbę starała się pomóc i uprzyjemnić innym życie. Stale u niej ktoś mieszkał, czasami nawet po kilka tygodni, jeśli był w ciężkiej sytuacji. Dbała o to żeby wszyscy dużo jedli, spali, żeby odpoczęli. Poza tym ciągle urządzała przyjęcia żeby się jedni z drugimi poznali, żeby utrzymywali ze sobą kontakty.

Pamiętam, że kiedyś miałam kłopot: jak urządzić mężowi imieniny w naszym mieszkaniu. Oczywiście przy ogromnej aprobacie i zachęcie ambasadorowej urządziłam je w ambasadzie. A było to przyjęcie na 60 osób i udało się znakomicie.
Mieszkaniec S.K.
W latach osiemdziesiątych, zaczęła się jednak moda na wyprowadzanie się ambasad z Saskiej Kępy. Główną rolę odgrywał trudności komunikacyjne, dojazdy były coraz trudniejsze. Po transformacji zmienił się stosunek do państw Europy zachodniej, w związku, z czym zaczęto im przydzielać tereny w śródmieściu Warszawy. Wyprowadziła się ambasada Australii, Belgii, Niemiec (została tylko rezydencja ambasadora) i Francji.
Trochę jak na wsi
Mieszkaniec S.K.
Saska Kępa miała charakter takiej właśnie wsi w mieście i podobnie jak na wsi wszyscy wszystkich znali.

Wysiadałem na rondzie Waszyngtona z autobusu 117 i szedłem w kierunku domu. Zanim doszedłem to moja matka już wiedziała, że idę i z kim idę.

Wszyscy chodzili do jednej szkoły. W szkole podstawowej w ogóle nie było dzieci spoza Saskiej Kępy. W szkole średniej sporadycznie. I nawet ci, którzy osiedlili się później na Saskiej Kępie to w zasadzie już się czuli jak mieszkańcy tej dzielnicy. Dzieci chodziły razem do szkoły, matki na zebrania.
Ewa Dybek
Dzieci rosły razem z Saską Kępą a ich rodzice znali się ze szkół i wywiadówek. Na Saskiej Kępie człowiek nie jest anonimowy.
Mieszkaniec S.K.
Razem do kościoła, jednego na Saskiej Kępie. Wszyscy byliśmy wtedy ministrantami. Niedużo nas było. I właśnie, dlatego tworzyła się taka więź. To była jedna ulica Francuska i dwie przecznice w jedną i drugą stronę, nic poza tym w tej dzielnicy nie było. Ulica Saska była granicą, poza którą były pola porośnięte rabarbarem i jeden dom na Londyńskiej.

Proszę sobie wyobrazić, że są tacy mieszkańcy Saskiej Kępy, którzy wędrując po świecie i będąc w hotelach wyszukują w książkach telefonicznych nazwiska znajomych z Saskiej Kępy i do nich dzwonią.

Pamiętam, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poleciałem do Helsinek. Już w samolocie spotkałem szkolnego kolegę, który został trenerem siatkówki w Finlandii, ożenił się z Finką i w Helsinkach już zamieszkał na stałe. Zaprosił mnie do siebie do domu, siedzimy, rozmawiamy i nagle dzwoni telefon. On podnosi słuchawkę i okazuje się, że dzwoni nasz kolega, który mieszka w Nowym Jorku i mówi: "słuchaj jestem w Helsinkach, siedzę w hotelu i się nudzę, więc wziąłem książkę telefoniczną i znalazłem w niej twoje nazwisko i dzwonię... może moglibyśmy się spotkać". Od razu pojechaliśmy do niego do hotelu powspominać.
Miejsca spotkań
Mieszkaniec S.K.
Z wczesnego dzieciństwa pamiętam pierwsze przedszkole YMCA na Wale Międzyszyńskim. Tam przez parę godzin mogłem spotykać się dziećmi nowo osiedlonych współmieszkańców. A później, w czasach szkoły podstawowej, gdy prawie wszyscy byliśmy ministrantami, głównym miejscem spotkań był kościół. Pamiętam był taki ksiądz, który organizował czas młodzieży, grał w siatkówkę, robił prywatki.

Potem, kiedy powstało Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, to dyrektorzy dla przeciwwagi, urządzali w czasie mszy dla młodzieży, pokazy filmowe w szkole na sali gimnastycznej. Musieli jednak godzinę tych seansów zmienić, dlatego, że bardzo mało młodzieży na te seanse przychodziło. Myśmy woleli nie zadzierać z rodzicami, którzy nam kazali chodzić do kościoła.
Ewa Dybek
Często w niedzielę sąsiad do sąsiada pukał mówiąc: "Już jedenasta proboszcz wszedł na ambonę a wy jeszcze w domu?". Po mszy szło się po doskonałe ciastka do "Ireny", która kiedyś była na Francuskiej. Po obiedzie był czas na sąsiedzkie czy towarzyskie wizyty. Wieczorem trzeba było się brać za odrabianie lekcji, bo następnego dnia od rana do szkoły.
Mieszkaniec S.K.
W szkole podstawowej siedziałem w jednej ławce z Wielopolskim. Pamiętam jak pewnego dnia przyjechał do naszej szkoły przedstawiciel ZMS na całą dzielnicę, żeby przyjąć nowych członków. Oni organizowali wówczas dobre obozy sportowe i był to jedyny powód, dla którego myśmy chcieli się tam wciągnąć. Trzeba było wypełnić ankietę, w której jednym z ważniejszych punktów było pochodzenie.

Wielopolski napisał, że ma pochodzenie robotnicze, a ja, że chłopskie. I wówczas ten przedstawiciel zaczął nas wypytywać, co dokładnie robią nasi ojcowie. Wielopolski na to odpowiada, że jego ojciec był kierowcą, miał samochód i nim kierował. Nieźle wybrnął. A mnie z kolei zapytał ile mój ojciec miał ziemi. Odpowiedziałem, że nie wiem. No, to on ciągnął dalej: no 5 hektarów, 10? A ja pomyślałem wtedy, że pewnie chce się dowiedzieć czy też nie mam pochodzenia kułackiego i odpowiedziałem dla żartu: - no nie wiem, u nas się na wsie liczyło. On wówczas poczerwieniał złapał tą ankietę i porwał na strzępy. I nie udało mi się do tego ZMS dostać.
Bananowa młodzież
Mieszkaniec S.K.
Ukończyłem liceum im. Adama Mickiewicza, które po wojnie mieściło się w zwykłym dwupiętrowym budynku. Pokoje zostały zaadoptowane na klasy a boiska to wcale nie mieliśmy, ale było swojsko. Pamiętam było takie spotkanie na Żoliborzu w jakiejś knajpie i ktoś tam zaczepił chłopaka z Saskiej Kępy, to wszyscy z Mickiewicza jeździli się odegrać, zgodnie z zasadą: "jeden za wszystkich wszyscy za jednego". Takie były zasady.

A po szkole, po tzw. "przeszlifowaniu" chodnika po jednej i po drugiej stronie głównego deptaka Saskiej Kępy - Francuskiej, dawało się nura do "Sułtana". Była to jedna z najsłynniejszych w mieście kawiarni. Przesiadywaliśmy tam po lekcjach i rozmawialiśmy godzinami. Nazywano nas bananową młodzieżą Na 16 urodziny dostałem od babci w prezencie Lambrettę TV 175. To był szał. Pamiętam jak dziewczyny biegły, żeby się przejechać, żaden samochód dziś tak nie działa. A matki dziewczyn spoza Kępy mówiły do swoich córek: "nie zadawaj się z bananowcem z Kępy, taki chłopak to nic dobrego". Wyobrażały pewnie sobie, że jesteśmy zdemoralizowanymi łajdakami. Bo kim innym mogli być synowie jakichś ludzi, którzy mają pieniądze.
Ewa Dybek
"Sułtana" na ulicy Obrońców nazywaliśmy zlew. Pamiętam, że zawsze pierwszego września zaraz po rozpoczęciu szkoły szło się tam na lody. To była taka tradycja. Obecnie jest tam dużo drożej niż kiedyś i myślę, że trochę to odstrasza młodzież.
Mikołaj Wolski
Pamiętam była taka kawiarenka "Cafe Sułtan" na Obrońców, gdzie gromadziliśmy się po szkole czy po studiach. Mogliśmy całymi godzinami prowadzić rozmowy.
Mieszkaniec S.K.
A dla młodzieży uprawiającej sport były kluby nad Wisłą.

Wisła była pięknie zagospodarowana. Przedsiębiorstwo 'Wisła" odpowiadało za stan plaż, za czystość piasku, wynajmowało ratowników. Później jak myśmy już trochę wydorośleli, jak ktoś umiał pływać mógł się tam zatrudnić jako ratownik. Były baseny spuszczana na wodę, takie drewniane. Spotykaliśmy się na przystani harcerskiej. Pływaliśmy kajakami, Wisła była wtedy dostępna, mieliśmy też żaglówki.

Na Saskiej Kępie ludzie mieli dość dobre warunki lokalowe w związku, z czym życie nie koncentrowało się na ulicy. Rodzice woleli mieć dzieci pod kontrolą, więc organizowali domowe prywatki, różne spotkania, imprezy i przy okazji pilnowali porządku.

Pamiętam na trzy miesiące przed maturą, pojechałem na Mokotów, gdzie przeprowadzili się rodzice mojego kolegi i robili tam imprezę. Ojciec kazał mi najpóźniej o jedenastej być w domu i powiedział, że po mnie wyjdzie na przystanek tuż za mostem. Spóźniłem się 15 minut i proszę sobie wyobrazić, że do matury miałem zakaz wychodzenia.
Park Skaryszewski
Mikołaj Wolski
Wielkim atutem Saskiej Kępy jest Park Skaryszewski - przykład takiego świadomego bardzo estetycznego projektu parkowego. Mimo, że w pobliżu jest stadion dziesięciolecia, bardzo dyskusyjny, to ten park go w pewien sposób wycisza a środowiska ludzi w parku i na stadionie się nie przenikają.

Ozdobę parku stanowią stare, bardzo ładne pomniki międzywojenne autorstwa miedzy innymi Jackowskiej i Kuny.

W części północnej usytuowane jest oko wodne. Można wypożyczać kajaki. Nad samą wodą, na dworze, jest knajpka, w której człowiek się czuje zupełnie jak na Mazurach.
Mieszkaniec S.K.
W parku Skaryszewskim spotykaliśmy się głównie zimą. Po odrobieniu lekcji tam się koncentrowało życie młodzieży. Ponieważ tenis był sportem raczej niedostępnym, to na kortach robiliśmy zimą lodowisko i graliśmy w hokeja, albo uczyliśmy innych jazdy na łyżwach.
Ewa Dybek
Całą zimę było lodowisko. Zjeżdżała się na to lodowisko cała Praga. Wokół miejsca gdzie jeździliśmy odbywały się różne konkursy, pamiętam budowanie grot ze śniegu.
Mieszkaniec S.K.
Latem raczej tam nie chodziliśmy. Chyba, że na romantyczne spacery z dziewczynami. Wtedy park był ogrodzony takim wielkim ze trzymetrowym parkanem, którym to ogrodzony jest dziś pałac w Pęcicach. Park był ogólnie dostępny. Zamykany był po godzinie dziesiątej wieczorem. Pamiętam, że dozorcą był wtedy pan Bocian, trąbką sygnalizował, że się zbliża godzina zamknięcia. Jak się dało mu parę złotych to wtedy można było z dziewczyną spacerować nawet do jedenastej. Ale po jedenastej już nie.

Jak ktoś nie zdążył do zamknięcia bramy to musiał całą noc przesiedzieć na drzewie. Dozorca spuszczał takie groźne psy i dopóki ich nie odwołał strach było schodzić.
Ewa Dybek
Pamiętam, że latem przyjeżdżało wesołe miasteczko, było mnóstwo ludzi i zawsze coś się działo. Nigdy natomiast nie było w parku nic do jedzenia, ale pamiętam, że czasami można było spotkać lodziarzy sprzedających lody z takich dużych białych skrzynek.

Zdarzało się, że przychodziliśmy do parku razem z całą klasą i nauczycielem na kajaki w ramach lekcji wuefu.

Starsi ludzie z Saskiej Kępy, którzy nie są już w pełni sprawni, nie chodzą do parku, bo się boją. Wolą odwiedzać ogródek jordanowski, jeden z trzech pozostałych w Warszawie, przy ulicy Nobla, zaraz obok kościoła. Wiele osób przychodzi tam posiedzieć np. wracając z kościoła.

Przyznam szczerze, że już trochę się bałam, że zostanie sprzedany, bo jest to bardzo cenny teren pod ewentualną budowę. Ale został ogrodzony, jest pan, który się nim opiekuje, ewentualnie naprawia jakieś sprzęty i zamyka go o ósmej wieczorem. Nikt, więc wieczorami czy nocami nie brudzi, bo trzeba by było przeskoczyć przez parkan.
Poczucie odrębności
Mieszkaniec S.K.
Rdzenni mieszkańcy Saskiej Kępy czują swoją odrębność. Wynikać może to z odrębnego charakteru tej dzielnicy. Każdy z nich miał kawałek ziemi, jakiś ogródek i oczywistym wydawało się dbanie o niego. Moim zdaniem każdy, kto coś ma jest inny, bo warunki zmuszają go do tego, żeby być aktywnym. Mentalność blokowa była tym ludziom obca. Tych, co mieszkali w blokach, urzędników, którzy wynajmowali mieszkania w kamienicach czynszowych mieli za kogoś nie pasującego.
Ewa Dybek
Człowiek z Saskiej Kępy to przede wszystkim człowiek obrotny, często posiadający własny interes. Zwykle pochodzący z domu o dobrych tradycjach. Nie jest to życiowa ciamajda. Przy tym są to ludzie potrafiący być wspaniałymi romantykami z otwartym sercem i służący pomocą, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Mieszkaniec S.K.
Pamiętam jak do mojego dziadka przyszła kiedyś kuzynka, żeby powiedzieć mu, że wychodzi za mąż. Za kogo zapytał wówczas mój dziadek. Za lekarza - odpowiedziała ona. Mój dziadek tak spojrzał na nią i powiedział: "Aha, czyli procedernik." Czyli proceder uprawia, ma jakieś zajęcie. Zdaniem mojego dziadka elegancki człowiek nie mógł mieć zajęcia.
Niepisane reguły
Mieszkaniec S.K.
Uważam, że Saska Kępa wciąż ma klasę, ale tylko do pewnego stopnia. Zawsze była to taka dzielnica gdzie ludzie byli nawet przyzwoiciej ubrani. Dawało się odróżnić, że są inaczej ubrani od innych. Była lepiej utrzymana. Ludzie mieli klasę w sobie.

Moja żona, wtedy jeszcze narzeczona, jak mnie odwiedzała i raz ją ze mną zobaczyli to wszyscy jej się kłaniali, bo uznali, że to jest ktoś ze mną związany i należy mu się szacunek.
Ewa Dybek
Myślę, że arystokracja i ludzie pochodzący z domów z tradycjami, którzy wrócili tu po wojnie i częstokroć mieszkali w suterenach, nadawali ton. Pamiętam, że mieszkali głównie w domach między Francuską a Saską. Oni przestrzegając pewnych norm niejako narzucili kodeks właściwych zachowań. Nie tolerowało się pijaństwa i chamskich odzywek. Mam takie wrażenie, że niektórzy to nawet nie wiedzą, że wciąż przestrzegają jakiś reguł. Nie myślą o tym, że tu na Saskiej Kępie czegoś nie wolno robić a gdzie indziej byłoby to możliwe.

Ci ludzie, którzy piją, często zbierają się pod sklepem, ale nie chodzą po Francuskiej. Będą szli uliczkami za Francuską żeby nie rzucać się w oczy. Wyśpią się na trawie, w miejscu gdzie nie ma jeszcze budowy, tak żeby ich ludzie nie widzieli, a nie na środku Francuskiej będą np. siusiać pod drzewem. Ludzie szanują siebie nawzajem ze względu na to, że się znają.
Panta rhei
Mieszkaniec S.K.
Dziś Saska Kępa już nie istnieje. Moim zdaniem pozostała tylko teoretyczna nazwa. Po pierwsze: dzień po dniu następuje barbarzyństwo architektoniczne. W związku z pazernością ekonomiczną, na każdej wolnej przestrzeni wtykane są różne "plomby", Kępa straciła ten unikalny charakter, sentymentalnej małej dzielnicy inteligencji, architektów, ludzi, którzy mieli wyobrażenie o pięknie świata.

Jedyną enklawą starej Kępy gdzie już nic nie można wstawić, która zachowała swój charakter podmiejsko - willowy to okolice ulicy Lipskiej w stronę Wału Miedzeszyńskiego, powiedzmy do kościoła na ulicy Nobla.

Po drugie: dziś na Kępie jest tłum obcych ludzi. Dzielnica się zmienia, bo się starzeje. Na Saskiej Kępie jest mnóstwo starych ludzi, ale bezpośredni spadkobiercy nie dziedziczą, nie wchodzą na Kępę, nie obejmują po nich miejsca. W związku z tym nie ma naturalnej wymiany pokoleń.

Obok mnie mieszkał mój kolega, który chodził ze mną do szkoły podstawowej. Obecnie mieszka w Kanadzie. Rodzice zmarli i on sprzedaje swój dom. Nie jest to przypadek odosobniony.
Zmiany
Mikołaj Wolski
"Sułtan" obecnie "Maska" na ul. Obrońców czy nowe Bistro na Francuskiej, które istnieje od półtora roku, wciąż gromadzą mieszkańców Saskiej Kępy. Bistro na Francuskiej ma charakter takiej sympatycznej knajpki dzielnicowej. Właściciele są powiązani z Saską Kępą. W swoim lokalu pełnią rolę gospodarzy. Jest tam skromnie i bez żadnej pompy. Bardzo wielu z nas, mieszkańców, tam przychodzi i wszyscy się ze sobą witają. Kuchnia serwuje dania francuskie. Przy całym napuszeniu i przeroście formy nad treścią różnych nowych lokali w Warszawie, tutaj jest tak bardzo naturalnie, jedzenie jest dobra i niedrogie, jest tak bardzo domowo i niezależnie. Przy okazji zakupów można sobie miło na chwilę usiąść czy się z kimś spotkać. Może, dlatego dziś obserwując mieszkańców na Saskiej Kępie odnosi się wrażenie, że wszyscy się znają.

Miejscem codziennych spotkań mieszkańców pozostaje dalej ulica Francuska, pełniąca na Saskiej Kępie funkcję, jaką w małym miasteczku pełni rynek.
Ewa Dybek
Wszyscy się właściwie spotykają na ulicy Francuskiej, chociaż raz dziennie trzeba nią przejść. Kiedyś niemożliwością dla mnie było żebym nie obeszła całej Saskiej Kępy na piechotę po prostu robiąc zakupy.
Mieszkaniec S.K.
Obecnie nasz szkolny kolega Jacek Szerszeń architekt, wykładowca na wydziale architektury, jest liderem pomysłu zamknięcia ruchu ulicznego i uczynienia z Francuskiej deptaka. Na pewno spowodowałoby to przywrócenie dzielnicy przynajmniej cząstkę jej pierwotnego charakteru.
Mikołaj Wolski
Projekt zamknięcia ulicy Francuskiej dla ruchu kołowego i stworzenia na niej takiej enklawy galeryjno-artystycznej według mnie na szczęcie, upadł. Wydaje mi się, że nie można sztucznie sterować tworzeniem takich artystycznych enklaw. Według mnie, są to rzeczy, które powinny kształtować się w sposób zupełnie oddolny, naturalny. Założenie, że właśnie w tym miejscu będą tylko galerie, artyści intelektualiści czy literaci a gdzie indziej, kto inny jest sztuczne dyrektywne i że to w praktyce się nie sprawdza. Dodatkowo, wyłączenie Francuskiej z takiego zwykłego życia, utrudniłoby nam mieszkańcom cyrkulację samochodową.
Ewa Dybek
Podoba mi się pomysł stworzenia na Francuskiej swego rodzaju deptaka, ale myślę, że to jest niemożliwe ze względów technicznych. Z ronda Waszyngtona można dojechać tylko Francuską, pozostałe ulice biegną przecież w innych kierunkach a tymi małymi uliczkami wokół Francuskiej nie da się puścić ruchu. Może np. dobrym pomysłem byłoby wyłączenie Francuskiej z ruchu w niedzielę.
Spełnione pragnienia
Mikołaj Wolski
Myślę, że jeżeli zostanę w Warszawie to już zawsze na Saskiej Kępie, bo ta dzielnica ma coś w sobie magicznego i miłego. W obecnych trudnych, pośpiesznych i hałaśliwych czasach, wszyscy ludzie dążą do życia w spokoju, azylu. Dla mnie takim azylem stała się Saska Kępa.
Ewa Dybek
Najbardziej tęsknotę za Saską Kępą odczułam będąc na emigracji. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że człowiekowi w pamięci utrwala się pewien obraz, widok. Wysokość drzew, domów, wieżyczek kościoła, nawet stojących samochodów. Są to obrazy, których potem podświadomie się szuka, żeby poczuć się dobrze, żeby poczuć się jak w domu. Podróżując po świecie szukałam tych obrazów, do których moje oczy były przyzwyczajone. Kiedy nie mogłam ich znaleźć to czułam się bardzo nieszczęśliwa a Saska Kępa potrafiła śnić mi się, co noc. Zdałam sobie wtedy sprawę, że to nie są moje obrazy, że to nie jest moje miasto, że to nie jest moje miejsce na ziemi i wróciłam tu, mam nadzieję, już na zawsze.


Bibliografia
  1. "Warszawa naszych pradziadków" Ilustrowany przewodnik po Warszawie wraz z treściwym opisem okolic miasta, [reprint] Warszawa 1893.
  2. Hanna Faryna-Paszkiewicz, "Saska Kępa", Warszawa 2001.