Expresso pana Tadeusza

Jest taki klient co zjawia się codziennie o 15

Magda Sikorska
(Piątek 06 Styczeń 2006)

Do Expresso przychodzi od zawsze. Przed wielu laty, kiedy kawiarnia powstała, kto by to pamiętał, może ze czterdzieści lat temu, bywał tu często z żoną. Od wielu lat, kto by to chciał pamiętać, może dziesięciu, które minęły od jej śmierci, przychodzi sam.

ŁÓDŹ NA SASKĄ

Urodził się w Łodzi. Niewiele jest w jego pamięci wspomnień tamtych miejsc czy ludzi. Po wojennej zawierusze nie ocalał z jego rodziny nikt. Lubi jedynie przypominać historię, kiedy właśnie w Łodzi spotkał po raz pierwszy swoją żonę- Wandę. Była przyjaciółką jego kuzynki. Wywołując z odległej przeszłości jej twarz bezwiednie się uśmiecha.

- Była piękną kobietą. Miała wspaniałe, czarne włosy...Była tak namiętna...- dodaje z rozmarzeniem.

Chodziły razem do gimnazjum. Po tym, jak Niemcy wyrzucili ją po śmierci męża z maleńką córeczką na ulice, szukała schronienia. Pan Tadeusz zaproponował jej pomoc. Wyjechali razem pod Łódź, do niewielkiej wioski Sokolniki, gdzie kupili mały domek. Mieszkali tam krótko. Już wkrótce, jak jeszcze po wielokroć, los uśmiechnął się do pana Tadeusza. Na kilka godzin przed planowanymi zatrzymaniami, niemiecki piekarz, który podsłuchał rozmowę dwóch żołnierzy, ostrzegł ich o niebezpieczeństwie. Najpierw uciekła Wanda z dzieckiem. W niedzielę przeszła granicę pod pretekstem wizyty w kościele w sąsiedniej miejscowości. Tadeusz próbował następnej nocy. Idąc po zamarzniętej Warcie natrafił na patrol. Myślał, że nic go już nie uratuje. Wtedy żołnierz wyciągnął rękę i pokazał, że za pieniądze można przejść. Był uratowany. Wanda pamiętała adres swojej rodziny w Warszawie i postanowili, że spróbują ich znaleźć. Tak trafili na Saską. Przez kilka miesięcy mieszkali na Lipskiej. Wtedy w Warszawie wybuchło powstanie. Nawet po wielu latach trudno opanować wzruszenie opowiadając o tym.

- Było ciężko. Nie mieliśmy broni. Razem z moim kolega chodziliśmy, jeden podchodził z bronią do Niemca, straszył go, a ja z tyłu odcinałem mu pistolet. I tak ją zdobywaliśmy. Ja sam się dziwię, ze to przeżyłem. Nie byłem nawet ranny, nawet draśnięty.

Mimo, że życie w Warszawie nie było wtedy łatwe, oboje bardzo chcieli zostać na Saskiej Kępie. Wkrótce kupili zniszczony dom na Zakopiańskiej. Polecona przez znajomego parterowa willa stała się ich miejscem na ziemi na następne 40 lat. Tu prowadził interes, tu jego żona prowadziła dom. Stąd wyjeżdżał na długie tygodnie i tu wraca po dziś dzień.

ZAKOPIAŃSKA 37

Pierwszym interesem, jaki rozkręcił na Saskiej była produkcja tuszu do rzęs.

- Ja sam nie wiem skąd mi się ten pomysł wziął. Ja właśnie takie głupie pomysły mam. Kazałem zamówić żonie opakowania. Żona do mnie mówi: po co ci opakowania, skoro nie masz jeszcze tuszu? Powiedziałem jej, żeby się nie martwiła i zamknąłem się na noc w piwnicy. No i rano był! I to jaki! W ogóle się nie rozcierał! Z Australii do mnie dzwonili z zamówieniami. Była wtedy taka znana firma Malinowski i mój tusz też się nazywał Malinowski! Ale nigdy mnie nie mogli oskarżyć o podrabianie, bo ja też się nazywam Malinowski! Konkurencja nawet zapłaciła masę forsy mojej pracownicy, żeby im sprzedała recepturę. Kiedy się zorientowałem, to patrzyłem, kiedy ona coś gotowała i ważyła, to ja podchodziłem i zawsze czegoś dodawałem i nigdy się nie zorientowała! Kiedy odeszła do konkurencji okazało się, że nie przekazała jej właściwej receptury i ją wyrzucili.

ŻYCIE W LODÓWCE

W latach sześćdziesiątych nadarzyła się okazja zrobienia kursu na sędziego łyżwiarstwa sportowego. Spośród 30 osób, które przystąpiły do kursu, on jeden go ukończył. Zaczął podróżować po całej Europie, a nawet świecie. Był w tym czasie jedynym sędzią na świecie, który sędziował solistów, solistki, pary sportowe i tańce na lodzie. Ponad pół roku spędzał podróżując od konkursu do konkursu. Po konkursie w Rumuni, doszło za jego sprawą do zmiany przepisów w ocenianiu. Tylko on zauważył błąd w występie pary mistrzów świata z Rosji i dał im najniższą ocenę. Wszyscy pozostali sędziowie wzięli pod uwagę rangę zawodników i przymknęli oko na ich błąd. Odtąd nie było to już możliwe. Przez ponad czterdzieści lat pracował społecznie, nie dostawał za to ani grosza. Oprócz możliwości podróżowania, zyskał też całkiem sporą sławę.

- Nie było na Saskiej osoby, która by mnie nie znała. Kiedy przechodziłem Zakopiańską każdy mi się kłaniał. Znali mnie z transmisji telewizyjnych. Do tej pory zdarza mi się, że ktoś mnie zatrzymuje na ulicy i się wita.

Nowopoznanym osobom zawsze zadaje to samo pytanie.

- A wie pani, dlaczego ja się tak dobrze trzymam w tym wieku? Bo całe życie spędziłem w lodówce!

CAŁA SASKA SPIEWA Z NAMI

Na życie zarabiał wtedy produkując zabawki. Jak w wielu sytuacjach w jego życiu, także i wtedy o wyborze zadecydował los.

- Przyszedł do mnie znajomy i powiedział, że ma do sprzedania maszynę do plastiku i ja niewiele myśląc ją kupiłem. Odtąd przez wiele lat produkował plastikowe zabawki dla dzieci. W piwnicy swojego domu urządził mały zakład. Zatrudniał siedmiu pracowników. Podczas jego częstych wyjazdów interesu pilnował zaufany pracownik, który czuwał nad wszystkim. Do tej pory w oknach piwniczki można zobaczyć kolorowe wzory malowane ręką pana Tadeusza.

- Chciałem zamalować takie małe okienka tuż nad ziemią, żeby z ulicy nie było widać jak się w środku pracuje. No a żeby się kojarzyło z zabawkami pomalowałem na różne wesołe kolory.

Ale to nie jedyne ślady, jakie zostawił pan Tadeusz. Wyrzeźbione przez niego zwierzaki- kaczka i owieczka najpierw były ozdobą jego trawnika. Po wyprowadzce Saskiej podarował je sąsiadowi, który do tej pory ma je przed domem.

- Cudownie tu było. Teraz już nie. Kulturalni ludzie mieszkali, dobrze wychowani. Było bardzo bezpiecznie, nigdy żadnego chuligaństwa. Mnóstwo znajomych tu mieszkało, przyjaciół. Jak były imieniny, to przychodziło trzydzieści, czterdzieści osób. Szedłem wcześniej do sąsiadów uprzedzić, że będzie głośno, a oni mi zawsze odpowiadali, że już się przyzwyczaili, już się nie dziwią. Miałem taki gramofon i przez całą noc tańczyliśmy i śpiewaliśmy.

NA SASKIEJ MALOWANE

Jest w życiu pana Tadeusza jeszcze jedna pasja. Malarstwo. To zamiłowanie odkrył w dzieciństwie. Pierwszy obraz namalował w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Na początku były to kwiaty i zwierzęta. Po wojnie pierwszy raz namalował portret.

- Byłem z wizytą u teściów. Wrócili niedawno z wysiedlenia. I w ich mieszkaniu w Łodzi znalazłem mnóstwo przyborów do malowania, widocznie mieszkał tam jakiś Niemiec artysta. Znalazłem tam też taką gazetę z kolorowym rysunkiem, takim arabskim- roześmiana dziewczyna i chłopak. Nie używałem nawet ołówka, bo się bałem, że będzie widać. Wyszedł cudo. Do tej pory go mam. To mój najpiękniejszy obraz.

Odtąd to właśnie ludzie są stałym tematem jego prac. Namalował kilka portretów żony, córki, wnuczki. Ma już 12 portretów Jolanty Kwaśniewskiej. Kilka obrazów przedstawiających Piłsudskiego. Sam nie wie jak mu się udawało znaleźć na to czas, pogodzić sędziowanie, prowadzenie przedsiębiorstwa, rodzinę i malowanie. Nie miał w domu żadnej pracowni, specjalnego miejsca tylko do malowania. A jednak to tu powstała większość prac. Żadnej z nich nie sprzedał, zaledwie kilka rozdał znajomym. Jego autorstwa jest także wiszący w Expresso tuż przy barze portret Agnieszki Osieckiej. Podarował go właścicielowi kawiarni kilka lat temu, już po jej śmierci. Małe płótno utrzymane w ciemnej, zielono- brązowej tonacji przedstawia Osiecką na kilka lat przed śmiercią. Dziwne, bo Pan Tadeusz powołuje się na łączącą ich wieloletnią znajomość i sympatię. Przychodziła podobno dość często do Ekspresso, a tu prawie wszyscy się znali. Pamięta ją jeszcze pani Marysia:

- Przychodziła tu często. Ale tylko na chwilę, nigdy tu ni przesiadywała. Nie zauważyłam też, żeby kiedyś rozmawiała z Panem Tadziem.

W STRONĘ WSPÓLNEJ

Najpierw wyprowadziła się z domu córka. Kiedy zmarła pani Wanda, dom posmutniał jeszcze bardziej. Przyjaciele i znajomi nie żyją już prawie wszyscy. Pan Tadeusz wiele lat mieszkał sam, korzystając tylko z pomocy gosposi. Zmiana ustroju w Polsce i tanie zabawki z Chin ostatecznie pogrzebały interes. Kiedy coraz trudniej było mu żyć samemu, zdecydował się na wyprowadzkę. Sprzedał dom. Z żalem pożegnał adres Zakopiańska 37. Na zawsze.

Mieszka z córką i jej rodziną na piątym piętrze nowoczesnego bloku w samym centrum miasta, przy Wspólnej. Jest bardzo witalnym dziewięćdziesięciolatkiem. Nienagannie ubrany w ciemny garnitur, zawsze elegancki i uprzejmy.Od dziesięciu lat autobusem, tramwajem albo taksówką pokonuje trasę Wspólna- Rondo Waszyngtona. Codziennie około trzeciej wraca do Kawiarni Expresso. Już przy wejściu wita go pani Marysia. Siada przy stoliku naprzeciwko wejścia skąd dobrze widać każdego, kto wchodzi. Od razu też można zauważyć pana Tadeusza. Niektórzy podchodzą i podają rękę na powitanie. Niektórzy kurtuazyjnie tytułują go prezesem, choć nigdy takiej funkcji nie pełnił. Mimo, że nie są to już znajomi z Zakopiańskiej, pełno tu znajomych twarzy, zawsze jest z kim porozmawiać. Ciągle czuć tu klimat Saskiej sprzed lat.