Dzielnica jak na miarę

Rozmowa z Joanną Szczepkowską

Alicja Bobrowicz
(Poniedziałek 25 Kwiecień 2005)

Mała herbaciarnia na Francuskiej. Wchodzi Joanna Szczepkowska. Uśmiecha się do pani za barem, zamawia kawę i siada. Jest trochę zmęczona. To był pracowity dzień, przepełniony spotkaniami. Kiedy zaczyna opowiadać o Saskiej Kępie, nie widać już na jej twarzy śladów zmęczenia. Mówi, że zamieszkała tu przez przypadek, a dziś nie wyobraża sobie życia gdzie indziej.

Joanna Szczepkowska mówi, że już chyba całe życie będzie "córką i wnuczką", nie zależnie od tego ile już sama osiągnęła. W pewnym sensie trudno się temu dziwić, kiedy ktoś jest dzieckiem Andrzeja Szczepkowskiego i wnukiem Jana Parandowskiego. Jej biografia jednak świadczy o tym, że przede wszystkim jest artystką.

W 1975 roku ukończyła warszawską PWST. Zadebiutowała w Teatrze Telewizji rolą Iriny w sztuce "Trzy siostry". Krótko potem przyszedł czas na wymarzony debiut na deskach Teatru Wspólczesnego w Warszawie (w sztuce "Jan Gabriel Borkman") i debiut filmowy w "Con Amore", gdzie zagrała rolę drugoplanową, ale najbardziej dostrzeżoną przez krytyków.

Aktorka kilkakrotnie zmieniała teatry, w których była na etacie: na początku Teatr Współczesny, potem Teatr Polski i Teatr Powszechny. W 1992 roku zrezygnowała z etatu, aby jeździć po kraju z programem: "Joanna Szczepkowska contra inne instrumenty". W tym okresie pisze felietony do Gońca Teatralnego. W 1997 prezentuje swój monodram pt. "Goła Baba", w którym wyśmiewa obniżenie gustów teatralnej widowni. W 2000 roku wraca do Teatru Powszechnego.

Ma na swoim koncie role bardzo różne teatralne m.in.: Tytani w "Śnie nocy letniej", Alicji Ford w "Wesołych kumoszkach z Windsoru", czy Esme Allen w "Zdaniem Amy". Poza tym, ponad sto ról w Teatrze Telewizji i w filmie. Sama o sobie mówi, że jest jedną z niewielu aktorek, które zagrały najpierw Lady Makbet, a dopiero potem Julię. A Krzysztof Zanussi podsumowuje: "Jej kariera przebiega odwrotnie niż to zwykle bywa w teatrze, czy filmie. Zaczynała jako aktorka charakterystyczna, a dziś jest wyraźnie amantką. Do tego łączy w sobie rzadką sprzeczność: dziewczęcą świeżość i przenikliwą inteligencję."

Ale pani Joanna to także felietonistka i pisarka. Pisze właściwie od dziecka, a pierwszym recenzentem był jej dziadek. Pisze felietony do "Wysokich obcasów". Wydała tomiki "Mój tata" i "Miasto do wynajęcia", zbiór felietonów "Drugie podwórko" i książkę "Fragmenty z życia lustra".


Jak długo Pani mieszka na Kępie?

Od 1993 roku, ale już wcześniej miałam kontakty z tą dzielnicą, bo tutaj mieszkała część mojej rodziny.

A pierwszy kontakt z Saską Kępą?

Na Kępie mieszkał brat mojej mamy z żoną i z moją siostrą cioteczną. Do nich przyjeżdżałam. Pamiętam obraz willi. Saska Kępa była w moich oczach dzielnicą willową. Wtedy sama mieszkałam w kamienicach na Ochocie. Tam jak zdarzyło się drzewko na podwórku to było fantastycznie. Kępa to były właśnie takie piękne, stare wille i ogrody. Co nie znaczy, że dzielnica kojarzyła mi się z luksusem.

Jakie były te domy? Czy miały wyjątkowy klimat?

Znałam rodziny architektów. To te moje pierwsze kontakty sasko?kępowe. Ich domy - zawsze urządzone z dobrym smakiem, pełne książek - nie zimne, ale do mieszkania. Z małym bałaganem i dodającym uroku rodzinnym meblom. Silą rzeczy Saska Kępa ma trochę inną historię, niż ta druga Warszawa.

Pani traktuje Saską Kępę jak inną Warszawę?

Tak. Kiedy przyjechałam obejrzeć mieszkanie, które postanowiłam kupić, tu na Kępie w 93 roku, to jakaś pani na ulicy podeszła do mnie i zapytała: "A co pani tu u nas robi" Jeśli mam opowiadać o Saskiej Kępie, o jej specyfice - to właśnie jest to. Ja jestem warszawianką, urodziłam się w Warszawie, ale nigdzie w tym mieście oprócz Saskiej Kępy, tak się nie zdarza żeby ktoś utożsamiał siebie z dzielnicą. Nigdy bym nie spytała, mieszkając na Ochocie, "co pani u nas na Ochocie robi". Tam się w ogóle tak nie myśli. W stanie wojennym krążył po Warszawie dowcip: Jest godzina milicyjna. Milicjant podchodzi na Kępie do starszej pani i prosi ją o wylegitymowanie się. Pyta, co ona w ogóle robi na ulicy, przecież nie wolno. "Dlaczego nie wolno" - dziwi się pani. "Jak to, przecież jest stan wojenny' - odpowiada milicjant. A ona na to: "U nas na Kępie". To jest dzielnica, gdzie ludzie mają poczucie pewnej tożsamości z miejscem.

Chociaż nie spędziła Pani dzieciństwa na Kępie, a tylko ją wtedy odwiedzała, to chciałabym na moment się tam przenieść. Była Pani niegrzecznym dzieckiem?

Nie. Byłam grzecznym dzieckiem. Łaziłam po drzewach bardzo namiętnie i dzisiaj żałuję, że już tego nie mogę robić, bo mam w sobie taki przymus. Moja mama cieszyła się, kiedy byłam na podwórku, bardziej się martwiła, kiedy zaczęłam pisać wiersze, myśląc że jakieś uduchowione stworzenie się ze mnie robi. Jestem jedynaczką, ale nie tak miało być. W domu zawsze były dzieci, zbierane przez moja mamę z różnych środowisk marginesowych, ze straszną przeszłością. Ja się pałętałam po tym mieszkaniu trochę, bo to one były ważne.

A kiedy pani była nastolatką, to jaką?

Jako nastolatka byłam wiecznie zakochana, uduchowiona i zupełnie nie zabawowa. Zawsze przerażały mnie grupy i hałas. Czułam, że nie pasuję, chociaż zawsze chciałam być w takich towarzystwach. Po piętnastu minutach z dobrze bawiącą się grupą moich rówieśników, wychodziłam z płaczem, nie bardzo wiem dlaczego . Miałam ściśnięte gardło, coś było nie tak, czułam się odosobniona. Na przykład grupa wybiera się na basen i tak radośnie skacze do wody, wszyscy się tą wodą opryskują i to takie fajne, a ja w ogóle nie wiem o co chodzi, kulę się i nie chcę tego. Dziś jak na to patrzę, to myślę że szereg moich przeczuć było słusznych. Są takie towarzystwa, które tak się śmieją razem, co chwila wybuchają śmiechem. Ja zawsze odstaję, a jak nie odstaję to udaję. To takie poczucie odmienności. Jestem po prostu inna - ani lepsza, ani gorsza - inna. Wiele z tego, co ja uważałam za swoje wady, czy blokady zaprocentowało. Budowała się jakaś wrażliwość, z której do tej pory czerpię.

Zaczynam już rozumieć, że ta dzielnica po prostu do Pani pasuje.

Tak. Tu mogę być sobą.

Proszę powiedzieć, jak to się zaczęło. Skąd decyzja zamieszkania na Kępie?

Czysty przypadek. Mieszkałam na Starym Mieście w bardzo malutkim mieszkaniu, szukałam większego. Zobaczyłam ogłoszenie w gazecie, gdzie było napisane: "strych 170 m na Saskiej Kępie", a obok strasznie niska cena. Byłam przekonana, że to jest pomyłka o jedno zero. Zadzwoniłam, suma się zgadzała, więc pojechałam obejrzeć. Niestety powiedziano mi, że to jest już kupione, ale jeśli uda mi się zebrać pieniądze do jutra? Nie da się opisać, co się działo przez te 24 godziny. I tak to się zaczęło. Wylądowałam na niesamowicie wielkiej przestrzeni. Przemieszkałam tam dosyć długo, teraz wynajmuję tu inne mieszkanie. Nie wyobrażam sobie mieszkania poza Kępą. I to tak się zaczęło.

Wracając do tych domów na Kępie, które pani odwiedzała w dzieciństwie. Czy były one domami otwartymi, salonami?

Nie. Mnie Kępa wiązała tylko rodzinnie. Ja takiego jej życia nie znam z dzieciństwa. Dopiero teraz wiem, że są takie salony. Jest na przykład salon Saska 101. Każdy, kto przychodzi musi coś swojego przeczytać, lub pokazać. Tam się gada.

A Pani prowadzi dom otwarty?

Nie, ja nie. Chociaż czasami aż się o to prosi. Ale ze względu na mój tryb życia, połączenie grania, pisania (które mnie teraz mocno pochłania) i jeszcze obfitego życia towarzyskiego jest to w ogóle niemożliwe. Czasem myślę o tym, że dni upływają tak szybko i może powinno się u mnie pobyć. Tak swoja drogą, życie towarzyskie toczy się tu niezależnie od wszystkiego. Nie da się, żeby go nie było. Nawet teraz kiedy mam szereg spotkań z dziennikarzami, nie umawiam się w domu, tylko w takich właśnie kawiarniach. Ludzie, których tu spotykam nie bywają u mnie, ani ja ich nie odwiedzam, ale siłą rzeczy wszyscy się znamy. Szłam kiedyś z psem i zgubiła mi się smycz. Ja już pomijam ile osób jej szukało. Kiedy wracałam to wychodzili ze sklepów ludzie, ci którzy tam pracują i pytali: "I co, znalazła się smycz".

Pisze Pani że lubi ulice. A na Saskiej ma Pani ulubione?

Taki mój codzienny szlak, to szlak z psami. Jest zupełnie prosty: do Parku Skaryszewskiego, który jest, moim zdaniem, najpiękniejszym parkiem w Warszawie. Park zresztą mało znany przez warszawiaków z innych dzielnic. Kiedy proponuję żeby się tam spotkać, nagle odkrywają jeziora i to miejsce nad kanałkiem, gdzie są rowery wodne. To małe Mazury - mój ukochany park. Ja tam jestem trzy razy dziennie, a latem i wiosną to właściwie w nim mieszkam, siedzę, piszę i rysuję (bo niedawno zaczęłam też rysować). W Skaryszaku napisałam i obmyśliłam bardzo dużo rzeczy. Drugi szlak to te wszystkie małe, ciche i bezpieczne uliczki: Poselska, Katowicka, Czeska. Ze względu na ilość ambasad są po prostu pilnowane. Sama mam bezpłatną ochronę 24 godziny, bo mieszkam naprzeciwko ambasady. Znam się z ochroniarzami, czuję się bezpieczna. Kiedy zaczęła się wojna w Iraku czuło się, że coś się dzieje (tu jest też Ambasada Iraku). Czuło się niepokój. Na całym obszarze wprowadzono wzmożone pogotowie. Żołnierze z karabinami nie opuszczonymi w dół. To robiło wrażenie.

Wiele Pani rzeczy powstało w Parku Skarzyszewskim, ale zapewnia Pani też, że wszystko co pisze to twór wyobraźni. Trudno w to uwierzyć, tym bardziej, że niektóre postacie są jakby z życia wzięte. Czy Saska nie jest inspiracją?

Ja tych ludzi wymyślam. Jednak ze względu na pewne obrazy coś mi się w głowie koduje. Napisałam kiedyś felieton o takich ludziach, którzy coraz częściej siadają na murkach. Najpierw tylko przysiadają, a potem już tak zostają. Tam opisałam człowieka, który co prawda nie istnieje, ale jest zlepkiem różnych osób, które tu obserwuję. Kępa to jest wszystko; to są z jednej strony ludzie bardzo zamożni, a z drugiej ci, którzy schodzą na margines - i to się widzi - tacy bardzo murkowi, zalkoholizowani. Mnie tacy interesują i pewnie dlatego oko mi się zaczepia właśnie na nich.

A bohater felietonu "Wielka Sobota" pan Władzio? Jest tak namacalny, że aż trudno uwierzyć że nie istnieje.

Jest wymyślony, ale rzeczywiście niezupełnie i tu ma pani rację. Całe zdarzenie, czyli to że on nie umie czytać, że czytając klepsydrę tak nie bardzo składa litery, że potem idzie do kościoła - to fikcja. Ale jest tam też taki wątek, że pan Władzio ubiera się odświętnie na powódź. To prawda. Mieszkałam wtedy na strychu i tam rzeczywiście był taki pan - alkoholik, który kiedy była powódź ubrał się odświętnie i muszkę założył. Coś mu się pokręciło. I mówi do mnie: "Jak tu będzie powódź, dmucham ponton, biorę Szczepkowskie i jedziemy".

Rzeczywiście, może ja sobie często nie zdaję sprawy z inspiracji. Tu jest niezwykle malowniczo, jeśli chodzi o ludzi. Jest na przykład taka postać niezwykła. To bezdomny człowiek, który ma swoją chatkę nad Wisłą zrobioną z różnych styropianów i torebek plastikowych. Wygląda jak Sybirak, ma długą, rudą brodę, jest bardzo postawnym mężczyzną. Nigdy z nim nie rozmawiałam, choć przemierzyłam cały brzeg rzeki. Jest też kilku wariatów lokalnych. Jaś szurnięty, który zwykle stoi przy kiosku - róg Francuskiej i Zwycięzców. Ma na sobie hełm, płaszcz wojskowy, pod spodem sukienkę. Jest wulgarny do nieprzytomności, ale niezwykle oczytany. Czyta wszystkie gazety, a potem w sposób bardzo wulgarny komentuje to co się wydarzyło. Jest też pani, która stoi przy sklepie i prosi o pieniądze, bo właśnie jej matka zachorowała. To już trwa parę lat i codziennie jej się przydarza.

Czy na Kępie są dobre miejsca na randki?

Świetny jest park. Tu jest w ogóle intymny klimat, kameralny. To nie jest dzielnica dużych sal, czy jakichś chłodnych współczesnych pomieszczeń. Cudnie się randkuje. Po tych małych uliczkach chodzi się za rękę bardzo przyjemnie. To jest taka romansowa dzielnica.

Tu się plotkuje?

Tak. Akurat ja jestem słaba w plotkowaniu, ale widzę, że tu jest to, co służy plotkom, czyli większe towarzystwo, które się wymienia informacjami. To są ludzie albo z jednego środowiska, albo, bardzo często tacy, którzy się znają od dzieciństwa, bo przecież to jest ta dzielnica wielopokoleniowa. Na Kępie jest wiele osób, które znają się od zawsze i - w odróżnieniu od innych dzielnic - nie są napływowi. Spotykają się w różnych miejscach, kawiarniach i cos oplotkowują. Poza tym, Kępa ma taki małomiasteczkowy charakter.

Jakiś czas temu powstał pewien podział na Saskiej Kępie i do dzisiaj trwa. Wzbudza bardzo dużo emocji. Dotyczy ratowania małych sklepików przed pomysłem, żeby tutaj utworzyć deptak, a przy nim całą sieć kawiarni. Pomysł rzeczywiście ciekawy, ale kiedy do mnie zgłosiła się gazeta z prośbą o opinię ja opowiedziałam się po stronie sklepikarzy. Byłam po rozmowach z właścicielami tych malutkich sklepów, bardzo nieefektownych rzeczywiście, bo takich gospodarczych i starych. Ich by to wymiotło. Bardzo prosili o poparcie. No i ja ich poparłam. Efekt jest taki, że parę osób się do mnie nie odzywa. To było ogromne oburzenie. Oni uważali że jest to szansa i Kępa mogłaby się rozwijać. Dzisiaj nie wiem, czy zrobiłam dobrze. Próbowałam zachować się po ludzku. To są ludzie, którzy tu pracują od lat. A poza tym tu się kupuje. Ja zamawiam np. w takim Bistro jakąś sałatę, ona na mnie czeka, a ja w tym czasie idę skrócić spodnie do krawca, który jest obok.

Kiedy pani wraca z pracy do domu to tak naprawdę nie musi pani się stąd ruszać.

Nie. Kiedy wychodzę z mieszkania dalej czuję się w domu. To jest sytuacja w której wiem, że zawsze tu mogę gdzieś przyjść i nie będę czuła się obco. To chyba dla pani komfortowa sytuacja, bo pani przecież nie lubi sławy?

Nie znoszę i tu nie mam tego. Może to też dlatego, że nawiązuję kontakty z ludźmi, którzy nie wytrzymują, którzy się w stronę biedy staczają. Kiedy się tu chodzi po ulicach, można zobaczyć jak się zmienia czyjś status. Jak jakaś pani nagle zaczyna stać pod sklepem i prosić o tą złotówkę, a jeszcze tydzień temu nie stała.

Nawiązuję rozmowę z tymi ludźmi, pytam jak to jest, staram się pomagać.

Mówi Pani o Saskiej Kępie w superlatywach, a czy był taki moment, kiedy nie lubiła pani tej dzielnicy?

Tak. Został zamordowany chłopiec z rodziny Morozowiczów. Zabito go w bestialski sposób w lesie, ale stąd wywieziono i wiadomo było, że sprawcami są tutejsi ludzie. To osoby, z którymi on się pokazywał. Był czas, kiedy ja nie bardzo wiedziałam, czy człowiek na którego patrzę to nie jest przypadkiem jeden z nich. Był też inny moment. Mieszkałam jeszcze na strychu, pracowałam do późna, pisałam. Około drugiej w nocy wybuchła bomba w dyskotece Contiki nad Wisłą. Mówiło się że to jakieś porachunki.

Był taki czas, że wyczuwało się walkę między jakimiś grupami. Trwało to kilka miesięcy. Krążyły takie grupy. To się czuło. Bliskość stadionu idzie powoli, jak powódź w Kępę. Jest taka knajpa na ul. Francuskiej, na rogu, przy Rondzie Waszyngtona. To jest zdecydowanie bar do załatwiania interesów, tam się czuje tę atmosferę. Wydaje mi się jednak, że Kępa się broni. Mam wrażenie, że bez względu na to, czym zajmują się te podejrzane grupki, to nie dotyczy mieszkańców dzielnicy, bo mimo wszystko ci ludzie się kłaniają. Spotykam takiego człowieka, który ma taką posturę i tak wygląda, że gdybym go widziała gdzie indziej to pewnie bym uciekała najszybciej jak mogę. Ale ma on małego pieska i nasze psy bardzo się lubią. Ten człowiek stoi - a jest on ewidentnie ze środowiska, co to lepiej się nie stykać- ja po drugiej stronie, a między nami psy, które się bawią i popisują. My nie mamy sobie nic do powiedzenia, ale tak stoimy. Już parę lat się spotykamy.

Czy wśród sąsiadów na Kępie ma pani kolegów ze sceny?

Nie. Oni w ogóle się tutaj nie zapuszczają. Wszyscy jadą gdzieś za most. Mieszka tu dużo malarzy, architektów. To jest taka plastyczna strona. Aktorów niewielu. Mieszka tu Staszek Sojka, Edyta Geppert, ale my nie tworzymy swoistego środowiska. Niedawno powstał Bar Budapeszt, na ul. Zwycięzców - świetne miejsce, i tam czasem jest stolik, gdzie się spotyka parę osób, na zasadzie "ja znam kogoś, ten ktoś zna kogoś" Tak się co jakiś czas spotykamy.