Dzieciństwo na Kępie - lata okupacji

Marta Kuliś
(Piątek 23 Styczeń 2004)

Nie za lasami, nie za górami, tylko w Warszawie, na Saskiej Kępie. Nie było królewicza, ani księżniczki, tyko zwykłe życie. Niby nic - a jednak tak wiele, bo w tej oryginalnej dzielnicy "z klimatem" przeszłość, nawet ta prozaiczna okazuje się ciekawa, tajemnicza, niezwykła. Właśnie dlatego warto posłuchać wspomnień naszych saskich babć, dziadków, osób, które tyle już przeżyły i tyle mają ciekawego do powiedzenia. Ich relacje najlepiej przybliżą nam historię Kępy, bo oprócz suchych faktów oddadzą uczucia, atmosferę minionych lat. Wytężmy słuch, oddajmy im głos. Posłuchajmy....

Dziecięcych marzeń świat

"Gdy w 1937 roku przeprowadziliśmy się z rodzicami na Saską Kępę nie byłam zachwycona. Przyzwyczajona byłam do życia w śródmieściu, pełnego ruchu, gdzie dużo się działo, a tu było zupełnie pusto. Przecież dziecko woli, gdy ma więcej wrażeń - wspomina pani Maria. W tamtych czasach na Saskiej nie było prawie dzieci. Od brzegu Wisły do ulicy Francuskiej teren był bardziej zabudowany, ale im dalej od rzeki, tym mniej domostw, a okolica przypominała bardziej niewielką prowincjonalną mieścinę niż miasto stołeczne. Na ulicy Nobla, gdzie mieszkałam - tylko pojedyncze domy, na Saskiej nie było nic, w oddali, z okna widziałam jakiś jeden budynek, a dookoła - pole.. Nie mówiąc już o tym, że na dzisiejszej Ateńskiej sąsiad prowadził regularne gospodarstwo - hodował nawet krowy. Ach, ileż się od tego czasu zmieniło..."- pani Maria zatopiona jest we wspomnieniach.

Na jej twarzy pojawia się uśmiech, ten sam, który rozświetlał buzię małej dziewczynki, która grała z rówieśnikami na ulicy w dwa ognie, piłkę, bawiła się w sklep na tarasie swojego domu. Tego się nie zapomina....

Wojenna rzeczywistość

Dla młodych, niedoświadczonych jeszcze przez życie ludzi wybuch wojny był okrutnym sprawdzianem. "Po raz pierwszy zetknęliśmy się z prawdziwym światem, nieidealnym. Mimo to, wydaje mi się, że dorośli bardziej odczuwali strach. My chyba nie do końca byliśmy wszystkiego świadomi. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, co tak właściwie się dookoła nas dzieje"- opowiada jedna z mieszkanek Saskiej- "Szczęściem po tej stronie Wisły było względnie spokojnie podczas wojny".Pamięta naloty. Syreny, schodzenie do schronów... "Trochę nieprzyjemne, raczej uciążliwe, ale nie byłam spanikowana".Czasem zdarzały się bardziej przerażające incydenty - przeszukiwanie domostw, strzelaniny na ulicy, ale właściwie była to wyludniona i spokojna dzielnica. Nawet wojna nie zdołała zniszczyć jej harmonii.

Edukacja na Saskiej była kontynuowana przez cały czas trwania wojny. Pani Maria przez rok uczyła się na kompletach, już po szkole podstawowej. "Zajęcia odbywały się u mnie w domu, gdyż był wystarczająco duży lub jeszcze u dwóch moich koleżanek. Na zajęcia przychodziło się tylko z kartką, bez teczek. Do domów wchodziliśmy ostrożnie, tak aby nikt nie zauważył". Trzeba było mieć oczy i uszy szeroko otwarte, nie ufać nikomu. Nawet na Saskiej. Chociaż tu pewnie i tak nikt by nie doniósł.

"W trudnym okresie okupacji każdy robił wszystko, by sobie jak najbardziej ułatwić-tłumaczy pani Maria - My na przykład zaczęliśmy w ogródku hodować kury. Uprawialiśmy też warzywa. Sadziło się kartofle, pomidory. Żeby jakoś przetrwać."Nie tylko oni tak robili. Większość ogrodów ozdobnych, dodających splendoru przedwojennym willom na Saskiej zostało zamienionych w warzywniaki. Zamiast ozdobnych róż - kapusta i ogórki.

Wyprawy do miasta

Bez Mostu Poniatowskiego, zburzonego w trakcie działań wojennych komunikacja między jednym a drugim brzegiem rzeki była rzecz jasna utrudniona. "Pływało się łódką, żeby dostać się do centrum, na zakupy. Potem, gdy zrobili już most pontonowy podróżowaliśmy na tzw. łebka,czyli jako pasażerowie w prywatnych samochodach. Jeździło się również ciężarówkami - w przyczepach z ławeczkami" - mówi pani Maria- "A jak przyszła ostra zima, po prostu szliśmy po lodzie". Kto by dziś pomyślał, że przejażdżka do centrum Warszawy może być taka ciekawa i pełna wrażeń.