"A ja w maju brnę na Kryniczną..."

Saska Kępa pisana piórem Agnieszki Osieckiej

teksty zebrała Joanna Karczmarewicz
(Wtorek 10 Styczeń 2006)

Kiedy pada nazwisko Agnieszki Osieckiej, wśród pierwszych skojarzeń znajdzie się zawsze Saska Kępa. To oczywiście "Małgośka" z Kępą pachnącą szalonym, zielonym bzem i kawiarnia Sax, w której Osiecka miała zwyczaj siadać zawsze przy jednym, ulubionym stoliku. To także postać przyjaciółki poetki -Teresy Roszkowskiej, artystki, która ukochała Kępę, a ta pamięta o niej do dziś. Co jeszcze? Zebraliśmy utwory Agnieszki Osieckiej, w których Saska Kępa jest obecna. Teksty dla dzielnicy ważne. Ważne dlatego, że Kępa jawi się w nich miejscem niepowtarzalnym . Czasami leniwym i staroświeckim, innym razem, jakby na przekór, coraz bardziej odległym od swojej dawnej świetności. Zawsze jednak, pozostaje Saska Kępa, dzielnicą magiczną.

Agnieszka Osiecka

Architektura mgły

Paniom i Panom z Saskiej Kępy

Bandyci mordują starych artystów, ponieważ myślą, ze artyści coś posiadają. Tymczasem artyści niczego nie mają, w każdym razie niczego takiego, co mogłoby się przydać bandytom. Na widok tego niczego, na widok girandy zeszłorocznych liści, bandzior zadaje drugi cios - już ze złości, już z rozżalenia nad samym sobą. Jak powiadał pewien lokaj: "Księżna pani lubiła bezy. Tfu, ohyda" . Jak wiadomo, bezy są puste w środku, a śladu tęczy na posadzce nie można niestety złowić, zjeść ani sprzedać.

Mam nadzieję, ze Teresa Roszkowska popatrzyła w twarz swojego oprawcy z pogardą. To znaczy: wszystko mi jedno, czy była to jego kaprawa twarz, maska czy skarpeta...W każdym razie, kiedy zadano trzeci cios, spojrzała pożegnalnie w złociste oczy swoich kotów, a potem, mimochodem, już w półśnie, już odpływając, dostrzegła spanikowany pysk mordercy i gdzieś na dnie ogłuszającej czerwieni usłyszała starą melodię, gdzieś stamtąd, z jej stron, spod Kijowa:

Patrzę na ciebie, włóczęgo,
Z wysokości moich bladych dłoni
I z wyżyn mich słów niepojętych,
A ty bredź, ty się włócz, ty żyj pospolicie...
Jeżeli to jest życie...


Potem już pani Teresa upadła zapewne i zapewne jej olbrzymie złote kolczyki zabrzęczały cicho jak dzwoneczki, jak jedyna sygnaturka, która była pod ręką. A może to nie były kolczyki, tylko klipsy? I może jedno lśniące koło urwało się w przerażeniu i potoczyło się przed saskokępski domek usiany zielonymi listkami, i któregoś dnia spotkamy je jeszcze w zalotnym dziobie saskokępskiej sroki?

FIGURYNKA

Filigranowa, smagła, aż prawie brązowa i dalekowschodnia, z owymi złotymi kołami w uszach, z kokiem z ozdobną szpilą albo w aksamitnym berecie, pekińczykiem na smyczy - Teresa Roszkowska od niepamiętnych lat była perłą w koronie swej ślicznej dzielnicy. Mieszkała na Obrońców, w takim ni to domku, ni to willi wspartej na kamiennych schodkach i ozdobionej kamiennymi fintifluszkami. Owe domki - wille stanowią coś w rodzaju naszej starówki, pochodzą z dwudziestego siódmego roku i wciąż pielęgnują w ogródkach hortensje i róże posadzone przez naszych dziadków. Może to są zresztą prawnuczki tamtych hortensji, nieważne. Ale ważne, że na stryszkach poniewierają się z godnością stare roczniki "Wiadomości Literackich", a na parapetach wylegują się dystyngowane koty. Na progu pani Teresy wciąż jeszcze stoją miseczki jej zwierząt, a my, sąsiedzi, wciąż widzimy, że miski są puste. Może zwierzęta uciekły, może kryją się po piwnicach przerażone widokiem ludzi?

Trzeba pamiętać, ze pani w złotych zausznikach, kiedy pochylała się nad główką swojego secesyjnego pekińczyka, sama wyglądała jak frasobliwa lilia. Trzeba pamiętać, ze należała do tych malarzy, którzy projektują nie tylko wnętrza, scenografie i kostiumy, ale projektują też samych siebie. Patrząc z perspektywy pekińczyka, trudno będzie przyzwyczaić się do banału!

Dziwne jest jednak i to - a minął już dobry tydzień - że w ogródku pani Teresy nie słychać jakoś ptaków. A przecież w mojej topoli ptaki szumią jeszcze burzliwiej i potrząsają liśćmi jak olbrzymi chmurą pełną monet. Czyżby na Obrońców trwało coś w rodzaju niemego nabożeństwa? Czy to są długie, potajemne obchody, ba, śmierć piękna?...

CYGANERIA DOKARMIA

Kiedy zamordowali Teresę Roszkowską, powiedziałam jednak: "teraz Saska Kępa umarała naprawdę". Cała "Podhalańska" spojrzała na mnie ironicznie. Miasta i ulice nie giną tak łatwo, jak kruche staruszki i wiotcy staruszkowie. Pamięta pani tego krawca na rogu? Zadźgali go, ucięli mu głowę, głowa toczyła się jak brukiew, ale krew zmyto, a ulica żyje.

Smutne: czy gawiedź musi nienawidzić księcia, kiedy w swojej wciąż białej koszuli jedzie na szafot? Bóg to raczy wiedzieć, może i musi, świat zawsze brzydził się innymi, ale i korzystał z nich. O, Teresy Roszkowskiej korzystali ludzie i zwierzęta! Sama jadła ponoć jak ptaszek, ale dokarmiała wszystko i wszystkich. Psy, koty, gołębie, sroczki i wróble - oto je klientela. Jako karmicielka pani Teresa uprawiała swoista biała magię, nie znosiła marnowania jedzenia. Koty jadły po psach, psy po kotach. Nie ma sensu marnować ziarna, które może tylko zmienić miejsce, nie ma sensu przecinać ogólnego krwiobiegu! Dopiero co zadzwoniła do niej pani Konarzewska, dawna asystentka i wierna przyjaciółka artystki: czy chce dostać pelargonie pani Teresy? Naturalnie, że chcę, bardzo chcę, niech piją z mojego garnuszka. Żyjmy sobie.

Między mieszczaństwem a bohemą panoszy się ważne nieporozumienie co do wartości peleryny. Mieszczanin uważa, ze stara peleryna jest brzydka, bo brudna i poplamiona. Artysta uważa, że ta sama peleryna jest przepiękna, bo egzotyczne plamy nadały jej odcień głębokiej zieleni.

ZBAWCZY CHŁÓD

Scenografie i kostiumy Teresy Roszkowskiej tez nie zawsze były "po drodze" powszechnym gustom. Te przedwojenne wydają mi się na przykład zbyt lodowate. Może zresztą cały monumentalny teatr ówczesny - teatr Pronaszki i Daszewskiego - przypomina dziś trochę kwadratowe Tatry, a kubistyczni górale są podszyci Stryjeńską i drewnianą szkatułką z Cepelii. Przeglądam tedy stary album i ciut mnie mrożą stateczne łuki, groźne firmamenty i stateczne kolumnady pani Teresy: mam na myśli "Judytę" z trzydziestego siódmego roku i "Obronę Ksantypy" z trzydziestego ósmego. Wydaje się, ze po wojnie pani Teresa nieco się rozfiglowała. Kostiumy Karła i Sforki z "Horsztyńskiego" to istna heca, zaś namiot świętej Joanny (tej ze sztuki Shawa), wsparty na wiotkich prętach, odznacza się wręcz pewną dystynkcją. Tancerze z "Romea i Julii" sarkali, ze kostiumy były za ciężkie, a Nina Andrycz wspomina ze smutnym rozbawieniem kapelusz królowej Elżbiety Pierwszej ("to był właściwie kapelutek, rodzaj cylinderka") Basia Dziekan powiada: "Pani Roszkowska uważała, ze nie umiemy chodzić. Myślała, że kiedy kostium będzie ciężki, zmusi nas po prostu do elegancji". Izabela Konarzewska ujmuje to najprościej: "We wszystkim, co robiła, cechowała ją wielka solidność. Planowała na rysunkach nawet pozy dla fotografa"

Ba! Ja patrzyłam przez te wszystkie lata na panią Teresę przede wszystkim jako sąsiadka. I co mnie pociągało w tych stosunkach, których prawie wcale nie było, to ich dyskretna elegancja, powściągliwość właśnie. Całkowite zaprzeczenie totumfackich rozmówek z klatki schodowej w stylu "co tam u pani, moja pani". Wprost przeciwni, wystarczył ukłon: wiosną wylewny, jakby japoński, zimą chłodny, angielski, przypominający raczej skinienie głowy - tej głowy osłoniętej naturalnie napoleońskim beretem. Tylko w uśmiechu - równie dyskretnym - błąkała się dobroć. Gosposia pani Teresy, ta, która pamięta jeszcze jej mamę, mawiała zawsze: "O, starsza pani to strasznie była surowa. Ani usiąść, ani coś wynieść. Dopiero kiedy ta młoda do domu przyszła, to się robiło weselej"

Przez parę dni po śmierci pani Teresy ktoś przyczepiał kwiatki do jej furtki i ktoś zapalał świeczki. I bardzo dobrze, pora chronić róże, kiedy płoną lasy.

ARCHITEKTURA BEZ POLITYKI

Saska Kępa (dawniej Kawcza Kępa) to jest architektura żartu i mgły. W czasie jesiennych i wiosennych spacerków nieodparcie nasuwa się skojarzenie z książką "Tajemniczy ogród"Idzie się na przykład wysadzaną topolami uliczką, mija się malwy sterczące pośrodku chodnika, mija się leniwe gawrony i listonosza, który wszystkich zna, i forda z trzydziestego roku, który wyziera spod starej kapy - mija się tedy te obrazki, przymglone jak na starej kliszy, i myśli się w duchu, że to już jest wszystko. A właśnie, że nieprawda! Bo niejako "na plecach" tej uliczki dobudowana jest druga podobna uliczka, tyle że jarzębinowa na przykład lub akacjowa. Na tej uliczce też stoją kamienne wille z finifluszkami albo, wprost przeciwnie, domy gołe, kanciaste i sztywne (to nasza moderna!) - i żeby było trudniej zgadnąć, obie uliczki nazywają się tak samo.

Po tych uliczkach już od dziesiątej rano paradują znajome postaci. Oto zbliża się godnie syn pani Nowakowej - filmowiec. Zdobi go rozrzedzona i szalona czupryna, która porusza się jakby oddzielnie, jakby żyła własnym życiem. Najpierw więc niczym paradna chmurka skowronków nadciąga owa czupryna, a tuz za nią wynurza się z mgły oblicze Krzysztofa nacechowane głębokim sceptycyzmem. Sceptycyzm ów dotyczy wszystkiego - świata, ludzi, zwierząt, a przede wszystkim filmu. Na szczęście w ślad za owym kroczącym posągiem niezgody nadciąga blada i arystokratyczna żona Małgosia, która od lat próbuje wyciągnąć z Krzysztofa przyzwolenie na istnienie ludzkości, a przynajmniej - Saskiej Kępy.

Około południa, kiedy koty zaczynają prosić o drugie śniadanie, mieszkańcy saskiej Kępy mają już dość krzątaniny i zaczynają rozglądać się za kawiarnią. Wiosną mniej się chodzi na kawę, więcej siedzi się w ogródkach. Ja na przykład w maju brnę na Kryniczną. Najpierw kaleczę sobie rączki o zepsutą furtkę, daje się pogryźć histerycznej spanielicy i hyc - już jestem na rozległym tarasie skąpanym w słońcu i w dyskretnym bałaganie. Na przedwojennym leżaku spoczywa niczym senna angora inny Krzyś, radiowiec i znawca duszy ludzkiej - Krzyś Skowroński, syn mojej koleżanki szkolnej Basi i, o zgrozo, wnuk mojej nauczycielki historii. Obok leżaka przypominającego chudą żyrafę, wśród ptaszęcych budek i psich misek, pląsa rudowłosa Monika z kruchymi ciasteczkami na kuszącym meissenie: obudź się, Krzysiu, dochodzi pierwsza!

Dosyć tego, wracam do domu, pora napisać wierszyk. Na balkonie, wśród młodych restauracji, moja mama próbuje nakarmić gapowatego gołębia łyżką... W tych wszystkich domach i willach stoją skromne antyki po babciach i dziadkach, wałęsają się zdjęcia z początku wieku, a funkcję solidnego mebla pełnią szafy i tapczany kupione przez naszych rodziców w latach pięćdziesiątych. Na tapczanach leżą pomarańczowe koce kratę, w karafkach nudzi się nalewka, a stary numer "National Geographic" pod zlewem przypomina nam, że my też, gdzieś, kiedyś, daleko byliśmy.

Parę dni temu przechodziłam pod domkiem Teresy Roszkowskiej, kiedy akurat wywożono jej dobytek. Minęły mi w kadziach takie właśnie stare, kraciaste koce. Dawno sobie nic nie kupowała, ta dziwaczka! Ba, ale ona "wszystko miała"...

To też jest cecha Saskiej Kępy. Po cóż kupować Nowe rzeczy, kiedy stare są jeszcze dobre??? Ludzie dziś myślą, ze kupowanie to jest komfort. Nieprawda. Komfortem jest niekupowanie. Komfortem jest też dekadencka niechlujność tych ogródków, tarasów i połamanych furtek. Na nielicznych tylko oknach widać kraty, a co drugie drzwi można otworzyć patykiem. Przynajmniej tak zawsze było. Może teraz, od czasu tej smutnej śmierci, będzie inaczej. Może zaczniemy się zamykać? Może zaczniemy budować domy-bunkry, jak ludzie z tamtej strony rzeki? Może w ogóle zrobimy coś praktycznego i na przykład wytniemy dziki bez???

...Ach te bzy saskokępski, te bzy, które podawały sobie krople nad moją głową, kiedy biegłam do szkoły, te bzy, które taszczyło się na randkę i do szpitala, i na cmentarz - dokąd one teraz pójdą nieboraki?

ARCHITEKTURA Z POLITYKĄ I EKONOMIĄ

Mój sąsiad i przyjaciel powiada, że Saska Kępa umierała trzy razy i za każdym razem jakoś się odradzała. Pierwsza to była "Saska Kępa wiejska". O, ja ją pamiętam jeszcze, tę naszą półwiejskość. Był taki na przykład pan z kozami, który nadciągał gdzieś od strony dzisiejszego kina "Sawa" i paradował z nimi samym środkiem Francuskiej. Był taki, co wołał, "raki, raki, raki", i był taki, co wołał "do reperacji, do lutowania "blacharz lutuje, reperujeeee". Ale to już były resztki, remanenty po wieku dziewiętnastym. Te nadszarpnęła solidnie hossa budowlana lat dwudziestych i trzydziestych.

W owych to latach wprowadziły się na Kępę rodziny oficerów i adwokatów, rodziny ambitnych urzędników i troszkę zbiedniałych ziemian. Środowisko to budowało niezbyt drogo, ale przepięknie. Z tych czasów pochodzą prostokątne, klockowate domy "a la Corbusier", śliczne wille-oranżerie ulicy Katowickiej i porządne kamieniczki z Francuskiej, udające wielkie miasto. Nazwijmy to wszystko Saską Kępą przedwojenną, pachnąca podwieczorkiem, panem mecenasem, czystym podlotkiem i nowym packardem.

Saskiej Kępie z lat hossy pierwsze ciosy zadawała wojna. Ziemianie uciekli, oficerowie zginęli, podlotki odfrunęły do ciepłych krajów. Wciąż jednak zostało jeszcze to coś, co włóczy się po starych ogródkach: odrobina dekadenckiego wdzięku, zapach mocnej kawy i pozbawiona ostentacji sympatia dla starych zasad. Te stare zasady były sola w oku stalinowców i przyczyna ustawicznych plotek. Po referendum 1946 roku mówiono na przykład, ze nas wszystkich wysiedlą, bośmy głosowali trzy razy "nie"; (w to wierzyła moja mama), a po pięćdziesiątym, że dzieciom z Kępy nie będzie wolno chodzić do gimnazjum (to mnie się bardzo podobało). Poprzestano w końcu na dobudowaniu na obrzeżach kilku nowych osiedli (tak zwane Chamowo), na co nikt nie zwrócił większej uwagi.

W kapitalizm - ten nowy - Kępa wtoczyła się stosunkowo bezboleśnie. Ot tyle, ze sklep "Krysieńka" przemianowano na "York", że dociera tu szum i zgiełk rosyjskiego bazaru i że starzejemy się powolutku i ładnie, jak liście. Nic w tym złego, prawda?

Teksty pochodzą z ksiązki: Agnieszka Osiecka "Galeria potworów"; wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2004