Zapominalstwo

Wieczór w Avion Pubie

Alicja Bobrowicz
(Piątek 06 Styczeń 2006)

Czasem tak bywa. Człowiek nie pomyśli i klops. Nie dotrze w czas do jego głowy, że piątkowy wieczór to jeden z ulubionych wieczorów tygodnia dla wielu, którym marzy się chwila wytchnienia przy lampce wina, czy szklance piwa, po całotygodniowych udrękach. Cóż. Można przecież czasem o tym zapomnieć. Tak też mi się przydarzyło.

Zebrałam kilkoro znajomych i dziarsko ruszyliśmy na Saską Kępę. Dumna ze swego pomysłu, prowadziłam ich do pubu, który ktoś mi polecił. Jakie było moje zdziwienie, gdy usłyszałam pytanie: "Czy mają państwo rezerwację?" Rezerwacja - słowo klucz, słowo magiczne, które mogło nam otworzyć drogę do jednego ze stolików tego polecanego mi miejsca. Niestety. Nie mieliśmy. Wypadło mi to zwyczajnie z głowy.

Szliśmy, więc Francuską, bez planu na dalszą część tak pięknie rozpoczętego wieczoru. Ktoś rzucił: "A może kupimy tu frytki" - wskazując na okienko Fastfoodu. Zdecydowanie trzeba było ratować sytuację. Tym bardziej, że ulica powoli się kończyła i widać było już Rondo Waszyngtona, co oznaczało dla moich znajomych pokusę wskoczenia w tramwaj i powrotu do domu. Nagle po lewej stronie wyrósł nam Bar Avion Pub. Z zewnątrz wyglądał zachęcająco, był obietnicą uratowania wieczoru. Weszliśmy po schodkach na górę, gdzie drewniane drzwi wpuściły nas do środka. Co ujrzeliśmy za drewnianymi drzwiami? Nie wiem, czy starczy słów żeby to opisać. Prostokątna sala wypełniona drewnianymi stołami dość gęsto ustawionymi, przytulonymi wręcz do siebie. Nieśmiało weszliśmy do środka. Udało nam się zająć stolik, co nie wydawało się na pierwszy rzut oka takie proste, bo w pubie nie brakowało klientów. Pierwsze, co przykuwało uwagę to bar, stylizowany chyba na górską tawernę, chociaż szczerze powiedziawszy trudno jednoznacznie zgadnąć, o co chodziło twórcom wystroju. Bar był drewniany, na górze okryty daszkiem. Ale daszek ten przechodził też nad jedną stroną sali i tam pokryty był - trudno orzec czym - chyba sianem. Dla lepszego efektu wystrojono jedną z barowych ścianek girlandami czosnku i plecionkami z ziół, które wyglądały jakby już w niejednym miejscu służyły za ozdobę. Krótko mówiąc, miało się wrażenie, że za chwilę to wszystko zacznie się zwyczajnie sypać. Prawdziwą perełką był ustawiony tuż obok obraz, przedstawiający adapter i mnóstwo brązowego tła wokół niego ( albo może brązowe tło z adapterem w środku?). Na wszystkich ścianach pubu zawieszono tablice, które informowały, co można zjeść i za jaką promocyjną cenę. Zamówiliśmy piwo. Cóż było robić? Na jedzenie minęła nam ochota, gdy posiedzieliśmy chwilę i zrozumieliśmy, że ten dziwny zapach, który wypełniał salę, pochodził niewątpliwie z kuchni.

W Anion Pubie robiło się coraz gwarniej. Rozmowy zagłuszały zestaw hitów puszczanych z radia. Spojrzałam na stolik obok gdzie przytulała się jakaś para młodych ludzi. Pomyślałam, że to ładne, ale chwilę potem moją uwagę przyciągnął dialog dwóch panów, obficie okraszany mięsiwem. Spojrzałam na ich modnie ogolone głowy i poczułam się jakoś niebardzo.

Za oknem, przy którym siedziałam widać było bilboard reklamujący wakacje w którymś z egzotycznych krajów. Sama byłam sobie winna. Trzeba było pomyśleć o rezerwacji.

Avion Pub, ul. Francuska 50