Raz po angielsku

Marta Hopfer
(Piątek 21 Kwiecień 2006)

Genders Tea Room to równie urocze miejsce na szybką kawę, jak i na bardzo przedłużoną angielską herbatę. Blichtr popularności przekłada się tu jedynie na liczbę gości, nastrój pozostawiając nadal babcinym, ciepłym i pachnącym.

Na Saskiej Kępie jestem turystką, nic mi nie mówią hasła „niepowtarzalny klimat dzielnicy” czy „duch Saskiej Kępy”. Tak więc bez obciążeń, nazwijmy to, ideologicznych, czysto turystycznie przekraczam próg herbaciarni Genders Tea Room przy ulicy Francuskiej 12. Wiem tyle: to miejsce opromienione jest sławą najpopularniejszego serialu w Polsce - „M jak miłość” - jedna z serialowych bohaterek rzekomo tu właśnie pracuje. Nic poza tym mi nie wiadomo. Zwiedzam…

Pierwsza miła rzecz, która mnie tu spotyka, to kawa. Podane prawdziwie gorące latte, w prawdziwym, najprawdziwszym, identycznym jak mój ulubiony w domu, kubku. Z tym, że smaczek większy, bo kubek stoi na pięknym, rodem z desy, spodeczku ze srebra. Ledwie odczyszczonym, lekko spatynowanym. Niczego sobie preludium.



Herbaciarnia Genders zajmuje przestrzeń ni to małą, ni dużą. Ale stoliki są ustawione rozsądnie i niezachłannie, w bezpiecznej odległości od siebie, by przechodzić swobodnie, zarzucić nogę na nogę i nie przejmować się, że komuś coś się zrzuci ze stolika obok. Dwa pokoiki, saloniki prawie angielskie, urządzone są gustownie i czysto. Obrusy i firanki wydziergane na szydełku, okropnie misterna robótka. Wszystko żółto-złoto-zielone. Meble zabytkowe lub takie udające, puszki, puszeczki, lampy o abażurach iście babcinych. W Genders jest bardzo pachnąco, zamiast woni tytoniu, zapachy dziesiątków rodzajów herbat, kaw, wszystko to wymieszane z klasycznym miękkim jazzem i jego matowymi głosami. Wśród tych bibelotów, starych samowarów i wag, niewielki kontuar uginający się pod ciastami i herbacianymi akcesoriami. Na ścianach złote aniołki, zabytkowe lustra, „Dziewczyna z perłą”. Ale wszystkiego odpowiednio, nie za dużo, nie za mało. To chyba naczelna zasada tego miejsca – złoty środek. Usadzony miękko na zielonym, jak zielona herbata, dywanie.

Studiuję więc menu: herbat ile dusza zapragnie, oczywiście i na wynos, do woreczków, żeby parzyć w domu. Zielone, białe, czerwone, czarne, bez przesady - świetne zaopatrzenie. Kawy dobre, o pełnym smaku, mrożone i gorące. Na małe co nieco ciasta („misiankowe” i nie tylko) i prawdziwe angielskie bułeczki „scone” z masłem cytrynowym - pychota. Jeśli nie na słodko - to tosty różnej proweniencji, ale niezbyt fantazyjne. A szkoda, słoności też bywają w cenie. Herbaty panie podają w imbryczku z prawdziwą szklanką w równie srebrnym i zabytkowym trzymadełku, co spodeczek do kawy.

Próbuję zamówić dwa ciastka, na tzw. spróbowanie. Przemiła sprzedawczyni odradza ten właśnie wybór: Zasłodzi się pani, niech pani zje najpierw jedno, a potem domówi coś innego. Miała, oczywiście, rację - tort ormiański był nieznośnie słodki, imponująca wręcz troska o klienta. Dodatkowy smaczek – pracownice są w identycznych zielonych sweterkach, modnych, o pięknej lekko zgniłej zieleni, żadne tam fartuchy czy koszule z kołnierzami. Pysznie.



Choć to środek tygodnia i druga po południu ruch dość duży, dziewczyny rozmawiają między sobą: Zobaczysz, co będziesz miała wieczorem, wczoraj ludzie czekali na ulicy na wolny stolik. Podpytuję z przekorą: To pewnie przez serial? Nie – odpowiadają. – Jesteśmy tu już od pięciu lat, pogoda się po prostu poprawiła i ludzie zaczynają wychodzić. Serial nic u nas nie zmienił. W tej domowej, ale może też trochę wzniosłej, angielskiej atmosferze, dziewczyny opowiadają mi skąd im dostarczają herbaty, kawy i ciastka. Tu włączają się, oderwane od gorącej politycznej dysputy, dwie panie siedzące przy sąsiednim stoliku: To najmilsze miejsce na Saskiej. Często tu przychodzimy, nie sztuka siedzieć w domu. Panie, zdaje się, typowo saskokępskie – starsze i bardzo eleganckie.

Genders Tea Room nie jest tani, zapewne nie musi, ceny ciastek wahają się od 5 do 9 złotych, a kawy i herbaty mają standardowe, dość wysokie ceny – w okolicach 10 złotych. W herbaciarni można płacić kartami płatniczymi, co dla takich miejsc nie jest cechą typową, a niewątpliwym udogodnieniem.

Zgodnie z przewidywaniami - lekko zasłodzona - opuszczam Genders Tea Room. Podczas kolejnej wyprawy na Saską pewnie znów tu zabłądzę, wtedy jednak skwapliwie posłucham dobrych rad i wybiorę prosty serniczek lub szarlotkę. Zyskałam właśnie przemiłe miejsce na popołudniową lekturę przy kawie. Z czystym sercem polecam.