Cukiernia Irena

Marta Urbaniak
(Poniedziałek 09 Styczeń 2006)

O ile nie lubisz wędrówek bez celu po Saskiej, do cukierni Irena trafić nie jest łatwo. Mimo że szyld ma duży i do tego świecący na niebiesko, ciastkarnio-kawiarnia leży w cichym i mało ruchliwym zaułku ulicy Zakopiańskiej. Spacer tam to prawdziwa uczta estety, niewielkie wille i otaczające je ogrody sprawiają wrażenie, jakby były wyjęte z innej epoki.

Cukiernia Irena też jest wyjęta z innej epoki. To nie jest nowoczesna kawiarnia, jakich pełno dziś w Centrum Warszawy, z minimalistycznym wystrojem i pięcioma odmianami cafe latte. Wystrój przypomina raczej wczesne lata dziewięćdziesiąte, początki dobrobytu przejawiają się w dużej ilości złota i nowoczesnych(jak na tamte lata) geometrycznych formach. Przeszklone szyby i dach pozwalają napawać się widokiem na Zakopiańską, co niewątpliwie było najlepszym z pomysłów architekta na to miejsce.

Są takie lokale, w których tort krzyczy zza lady "zjedz mnie!", a pączek wygląda tak, jakby za chwilę miał wskoczyć ci do ust. Cukiernia Irena do takich miejsc nie należy. Wybór ciast jest raczej standardowy, a ich forma w większości banalna. Wyjątkiem są świąteczne torty, bogato zdobione kolorowym marcepanem, spełniony sen szalonego cukiernika. W okresie świątecznym, co zaskakuje, nie można ich jednak wcześniej zamawiać, tylko bezpośrednio kupować na miejscu. Jak się okazuje, cukiernia jest za mała, żeby ogarnąć przedświąteczną gorączkę, zwłaszcza, że wszystkie ciasta wypiekane są na miejscu.

Firmowy specjał to mus czekoladowy z wiśniami. Specjał, nie specjał, zdecydowanie za słodki. Pół porcji wystarczy. Dużo lepsze wrażenie zostawia tarta z kruszonką i truskawkami. Lekko kwaskowa, przywołuje wspomnienie letniego popołudnia i podwieczorku u babci. Wyborne okazuje się francuskie ciastko z jabłkami i migdałami, odpowiednio słone i jednocześnie słodkie, po prostu w sam raz. Tiramisu rozczarowuje, krem jest raczej mdły i za mało kawowy, poza tym czuć w nim wyraźną nutę wina zamiast mojego ulubionego amaretto.

O świetności każdej cukierni świadczą jednak nie ekstrawaganckie cudzoziemskie desery, a ciastka najbardziej typowe. Jednym z nich jest oczywiście napoleonka, która u Ireny wypada nienajgorzej, ale też wcale nie wyśmienicie. To po prostu napoleonka jakich wiele, poprawna i mieszcząca się w kanonie, jednak żadne kremowe arcydzieło.

W tym miejscy przypominam sobie cukiernię, którą miałam zwyczaj odwiedzać podczas pobytu w Nowym Jorku. "Cudze chwalicie swego nie znacie" nie będzie miało niestety w tym miejscu zastosowania. Szef tamtej cukierni, Francuz, wygrywał chyba wszelkie możliwe cukiernicze konkursy. Produkowane przez niego ciastka były małymi dziełami sztuki. Ich smak pamiętam do dziś. Czekoladowy mus miał cudowną konsystencję i bogaty smak czekolady, a nie rozcieńczonego nesquika. Były też cuda z orzechów, nasączanych alkoholem gruszek i karmelowej pianki. Nie muszę chyba dodawać, że w napoleonce osiągnięto mistrzostwo.

Marzę sobie, żeby taką cukiernię odnaleźć kiedyś w Warszawie. I żeby nie było to miejsce odstraszające cenami, ale raczej kreujące wzór dla pozostałych. Póki co, oferta naszych rodzimych ciastkarni jest równie do siebie podobna, co nijaka. Pewnie dlatego, chwilę po opuszczeniu Ireny, żałowałam, że zamiast na ciastka, nie skusiłam się na kebaba. Niedaleko Zakopiańskiej podają podobno najlepsze kebaby w mieście. Z prawdziwej czekolady!

Cukiernia "Irena", ul. Zakopiańska 20