Słabe i mocne strony Saskiej Kępy

Hanna Faryna-Paszkiewicz W ramach działalności serwisu SaskaKepa.waw.pl chcielibyśmy dotrzeć do osób, które o naszej ukochanej dzielnicy wiedzą (naj)więcej. Aby to zrobić stworzyłem listę osób, z którym chciałbym porozmawiać najbardziej. Jedną z nich była dr Hanna Faryna - Paszkiewicz - historyk sztuki, varsavianistka specjalizująca się w architekturze i tematyce Sasko-Kępskiej. Na swoim koncie ma m.in. trzy książki na jej temat. Jej naukowa wiedza jest dodatkowo poparta praktyką - na Saskiej Kępie mieszkała przez kilkadziesiąt lat, a teraz - mimo wyprowadzki - nadal często przyjeżdża i obserwuje co się na niej zmienia. Zupełnie jak my.

Z Panią Faryną-Paszkiewicz umówiłem się w restauracji na warszawskim Powiślu, nieopodal Akademii Sztuk Pięknych, gdzie tuż przed naszym spotkaniem prowadziła wykład ze studentami.

Napisała Pani bardzo wiele publikacji o Saskiej Kępie. Skąd się to u Pani właściwie wzięło?

To było bardzo dawno temu - 1978 lub 1979 rok, byłam już wtedy po studiach - historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Mój promotor usilnie dążył do tego, żebym podjęła się pisania pracy doktoranckiej. Proponował mi różne tematy, same nudy, okropne nudy. Mówiłam mu, że chyba nic z tego nie będzie.

Więc co się stało?

Urodziłam córkę, i jak to bywa u mam - zaczęłam więcej czasu spędzać spacerując wolnym krokiempo swojej okolicy, czyli Saskiej Kępie, na której mieszkałam od urodzenia. Znałam te rejony naprawdę dobrze. Moja rodzina wprowadziła się tam tuż po Powstaniu Warszawskim do domu na ul. Królowej Aldony. Snując się wolnym krokiem z wózkiem stwierdziłam, że opisanie Saskiej Kępy mogłoby być moim tematem pracy doktorskiej. I tak się stało - napisałam pracę pt. "Architektura i urbanistyka Saskiej Kępy w latach 1918-1939".

I co było potem?

Następne dziecko (śmiech). 6 lat później urodziłam syna i oddałam ukończoną pracę doktorską.

Teraz jest Pani wykładowcą akademickim. Załóżmy, że jest jednak na odwrót, że to ktoś egzaminuje Panią - jak rozwinęła by Pani stwierdzenie "Moim zdaniem Saska Kępa charakteryzuje się..."

Przede wszystkim funkcjonalizm. Świetne przykłady architektury m.in. młodego Lacherta (Bohdan Lachert - jeden z najwybitniejszych polskich architektów XX wieku - przyp. red.), i niskiej architektury mieszkalnej, na której można się uczyć. Wszystko jest logiczne, tworzy spójną całość. Saska Kępa ciągle jest kameralną, bardzo dobrze wybudowaną dzielnicą w odniesieniu do szerokości ulic.

Brzmi pięknie. Ale czy SK jest rzeczywiście taka unikatowa, czy jakiś inny rejon Warszawy uznałaby Pani za podobny?

Żoliborz. Na pewno. Wynika to też z charakteru tej dzielnicy - jest inteligencka. Górny Mokotów też jest podobny do Saskiej Kępy.

Ma Pani swoje ulubione miejsca?

Na Saskiej Kępie? Mam, oczywiście! Na pewno ulica Katowicka. Bardzo ją lubię.

Dlaczego?

Na odcinku od Liceum im. Bolesława Prusa aż do mniej więcej skrzyżowania z ulicą Obrońców ma taki klimat zwartej i funkcjonalnej zabudowy. Szczególnie ta strona nieparzysta. Jest tam kilka wyjątkowych adresów, to majstersztyki.

Mówimy o wciąż istniejących adresach, miejscach, budynkach. A co z tymi, które nie przetrwały próby czasu? Za czym można tęsknić?

Saska Kępa - na szczęście - w znacznej mierze mało ucierpiała wskutek II Wojny Światowej. Wiele na niekorzyść zmieniło się jednak już w drugiej połowie XX wieku. Sporo domów zostało przebudowanych, czy zburzonych. Największą stratą jest willa rodziny Szyllerów. Została ona zrównana z ziemią kilka lat temu. Znacznie wystawała z szeregu budynków i gdy poszerzano Wał Miedzeszyński zabrakło dla niej miejsca i litości... To był znakomity przykład najprostszego funkcjonalizmu, jaki można sobie wyobrazić. Ponadto, z tym domem wiązała się też fascynująca historia rodziny, która w nim zamieszkiwała. Szkoda... Bo po prostu przyszła jakaś czarna noc, przyjechała koparka i koniec - po willi.

Pani zdaniem Saska Kępa trzyma się wspólnego mianownika? Bo o chociażby centrum Warszawy-Śródmieściu nie można tego powiedzieć. Tam nowe budowle, często bardzo odważne w formie pasują do blisko stuletnich kamienic ze śladami po pociskach z II WŚ jak pięść do nosa.

Tak, rzeczywiście. Na Saskiej Kępie też są nowości, gorsze i lepsze, ale nie są tak irytujące, tak bezczelne. Może to zasługa konserwatora? Na pewno widzę tu rękę Pani Krystyny Medalis, która była nieformalnym konserwatorem, takim "samowładnym". Ona pracowała nad tym, żeby nowa architektura nie przerosła tkanki pierwotnej. Teraz jest sporo nowych pomysłów, propozycji, ale wszystkie - całe szczęście - nawiązują do tego, co już tu jest. Chociaż tak wcale być nie musiało. W latach 40. były pomysły zorganizowania "socjalistycznego" wjazdu na Saskiej Kępie. Np. Rondo Waszyngtona miało wyglądać tak, jak Plac Zbawiciela z charakterystyczną kolumnadą, rzeźbami i Bóg wie czym. Takim wtrętem, ale pozytywnym, wolno stojącym było kino Sawa.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.