Wywiad z Magdaleną Czerwosz

Magdalena Czerwosz „Na Saskiej Kępie problemem jest dogęszczanie zabudowy i wszechobecne dzikie parkingi“ – mówi Pani Magdalena Czerwosz, przewodnicząca Rady Osiedla Saska Kępa, radna Miasta StołecznegoWarszawy. Zapraszamy do lektury. Rozmawiała Irmina Kalotka.

Irmina Kalotka: Jak zaczęła się Pani przygoda z samorządem?

Magdalena Czerwosz: W okresie Polski Ludowej byłam w tej grupie, która żyła jakby w poprzek systemu, jakby obok,. W czerwcu 1989 roku były wybory i wszyscy, którzy poczuli powiew nowego, ruszyli się i albo pracowali w komisjach wyborczych, albo kandydowali. Powstał Komitet Obywatelski również z Saskiej Kępy. W tych pierwszych częściowo wolnych wyborach byłam z ramienia Solidarności wiceprzewodniczącą Komisji Wyborczej i cały dzień pilnowałam urny. Rok później wystartowałam w wyborach samorządowych. Naturalnie byłam z okręgu Saska Kępa.

I.K.: Jaka atmosfera towarzyszyła tym zmianom?

M.Cz.: Wtedy Praga Południe była Dzielnicą – Gminą, wszystko było inaczej. No i my, radni tworząc zupełnie nowe struktury, takie jak Rady Osiedli musieliśmy wszystko wymyślić na nowo. Założyliśmy, że jeśli ludzie się zgłoszą, przyniosą statut i to będzie miało sens, to niech będą w tym tworzącym się samorządzie osiedlowym, była w tym zakresie dowolność.

I.K.: I tak zawiązał się pierwszy skład Rady Osiedla Saska Kępa?

M.Cz.: Zależało mi by na Saskiej Kępie była taka Rada, więc byłam w tzw. Grupie Inicjatywnej. Opracowaliśmy statut wg naszego pomysłu czym ma być samorząd, komisja Samorządowa Rady Dzielnicy-Gminy zaopiniowała go pozytywnie i Rada Pragi Południe uchwalą powołała do istnienia Radę Osiedla Saska Kępa. Śmieszyło nas i irytowało nazywanie Saskiej Kępy osiedlem, ale słowo Dzielnica zastrzeżone było dla 7 potem 8 części Warszawy. Saska Kępa musiała zostać nazwana Osiedlem. Był jeszcze jeden kłopot, ludzie przyzwyczajeni byli do nazwy osiedle związanej ze Spółdzielniami Mieszkaniowymi. Automatycznie łączyli nazwę osiedle ze spółdzielnią. Naszym wybiegiem było nazwanie Rady Osiedla Saska Kępa Radą Samorządu Mieszkańców i tak już zostało. Samorząd Saskiej Kępy powstał w 1993 roku. Koleżanki i koledzy z Komitetu Obywatelskiego, którego członkowie stanowili większość wśród wybranych i to zdecydowaną większość śmiali się ze mnie – chciałaś tak bardzo tego samorządu, no to masz! I już całkiem poważnie wybrali mnie przewodniczącą. I to też tak już zostało.

I.K.: Na czym polegało działanie Rady Osiedla w pierwszym okresie?

M.Cz.: Jak zaczynaliśmy to była jedyna struktura, która coś robiła na tym terenie. Nie było organizacji pozarządowych. A teraz ile jest organizacji? Od każdej sprawy jest kilka. To jest inna jakość życia To właściwie było naszym celem, żeby ludzie się obudzili i działali. Początek to było konstruowanie tego tworu na siłę. Pierwsze wybory były tak zorganizowane, że zebraliśmy jakieś działające szczątkowe organizacje i powiedzieliśmy, że muszą dać swoich przedstawicieli do Rady. Był ktoś ze spółdzielni, z różnych miejsc, które jakoś tam działały na osiedlu. Zgłaszając w imieniu Grupy Inicjatywnej kandydatów uważaliśmy, żeby ludzie byli ze wszystkich części Saskiej Kępy.

I.K.: Jak to wygląda dzisiaj?

M.Cz.: Struktura i rola tego samorządu jest dziwna, bo jest coś pośredniego między stowarzyszeniem a radą dzielnicy. Działanie tej osiedlowej rady trzeba w tej chwili zweryfikować, musimy się przed wyborami zastanowić jak to zmodyfikować. Już i tak zaszły pewne zmiany. Zlikwidowaliśmy Komisję Rewizyjną, była niepotrzebna, bo nie miała co kontrolować. No bo jeśli dostajemy pieniądze w formie zaliczki do rozliczenia, to co my możemy kontrolować, to jest skontrolowane już u źródła.

I.K.: Co jeszcze wymaga Pani zdaniem reformy?

M.Cz.: Nasz samorząd przedtem zajmował się wszystkim, a teraz nie powinien się zajmować wszystkim. Teraz jego rolą byłoby tworzenie platformy do spotkań istniejących na Kępie stowarzyszeń i działaczy. Stowarzyszenie z definicji reprezentuje siebie, czyli swoich członków, a samorząd jest wybierany przez mieszkańców w wyborach powszechnych. Nawet jeśli jest wybierany przez małą grupę ludzi to reprezentuje ogół mieszkańców. Najważniejsza jest zmiana formy działalności. Za dużo się zmieniło w otoczeniu, żeby tak działać jak dotąd. Niektórzy wiedzą lepiej niż my - np. jeśli jest sprawa ptaków w parku to są organizacje, które znają się na tym, bo zrzeszają entuzjastów – powinny się więc tym zajmować, my nie znamy się na wszystkim. Te organizacje są wyspecjalizowane i to jest dobre.

I.K.: A co z frekwencją na wyborach? Jest bardzo niska…

M.Cz.: Ja się tym specjalnie nie przejmuję. Ludzi nie można do niczego zmuszać. W społeczeństwie jest określona ilość ludzi, którzy się interesują sprawami samorządu, określona ilość działaczy. Ale samorząd jest też dla tych którzy nie interesują się, żeby w razie czego wiedzieli gdzie pójść. Kiedyś ktoś mi zarzucił, że z osiedlowego samorządu Saskiej Kępy tylko ja wszędzie chodzę z interwencjami, nikt więcej nie działa, a to nie jest prawdą. Starałam się pilnować tego, żeby inni członkowie szczególnie z zarządu też chodzili, żebym nie tylko ja wszystko załatwiała.

I.K.: A czy Rada Osiedla planuje zmienić miejsce? Sala w której się Państwo spotykacie, przy ulicy Jana Styki chyba nie zapewnia swobody na zebraniach.

M.Cz.: Tak, myślimy o zmianie miejsca. Przez wiele lat uważaliśmy, że podstawową sprawą jest działanie i szkoda nam było czasu na urządzanie się. Ale dzisiaj się to zmieniło. Wszyscy mają lepiej i musimy wziąć to pod uwagę. Miejsce też jest ważne, bo ono nas w jakiś sposób reprezentuje. Mając lokal tak odbiegający od obecnych standardów, możemy być podejrzewani o brak profesjonalizmu. O dogodnym lokalu myślimy, aby może dzielić go z jakąś organizacją, bo nie ma sensu wynajmowanie osobnego miejsca. Przy Styki też tak kiedyś było, że korzystało z tego lokalu kilka organizacji.

I.K.: Jakie są największe sukcesy działalności samorządu?

M.Cz.: To trudno powiedzieć, bo trzeba zastrzec jedną rzecz, tam się nie działa jednoosobowo, tylko w grupie. Tutaj, to znaczy na Saskiej Kępie było wspaniałe to, że na początku, w latach 90-tych była grupa ludzi na różnych szczeblach, ale cel był jeden, dlatego można było dokonać tylu zmian. Przed pierwszymi wyborami samorządowymi my kandydaci na radnych spędzaliśmy ze sobą po 8 godzin dziennie, cały program samorządowy przegadaliśmy, mogliśmy więc pracować razem, byliśmy jak wielogłowe zwierzę. Teraz podstawą porozumienia są listy partyjne, ale ostatecznie też się pracuje w grupie. ‘

I.K.: Ale co konkretnego można zawdzięczać tej strukturze jaką zorganizowaliście?

M.Cz.: Takim konkretnym sukcesem jest zalepienie dziur. Reszta się rozciąga w czasie. Np. mogłabym się chwalić, że jako radna Warszawy załatwiłam windy przy kładce dla pieszych przy ul. Stanów Zjednoczonych (róg ul. Saskiej), ale sprawa ciągnęła się 6 lat. To był mój wniosek, ale takie są procedury, że tyle to trwa, kwestie przetargów, budżetów itd. Przy trzeciej czy czwartej interpelacji na ten temat rozmawiałam już z wiceprezydentem, szefem klubu radnych PO, uzyskując ich poparcie. Bo ZDM w ogóle nie miał w planach wind na Saskiej Kępie. Trzeba było przekonać dużą grupę ludzi, że to jest ważne, samemu w mieście trudno coś załatwić. Ale wracam do tematu samorządu osiedlowego. Na Pradze Południe samorządy osiedlowe uzyskały od obecnej kadencji nowe uprawnienia, takie jak możliwość składania interpelacji oraz prawo inicjatywy uchwałodawczej w Radzie Dzielnicy.

I.K.: Jak wygląda współpraca na szczeblu samorządu Saskiej Kępy a Urzędem Dzielnicy Praga Południe?

M.Cz.: Różnie to bywało, ale z reguły atmosfera w Urzędzie Dzielnicy jest sprzyjająca. Ważna jest współpraca między Urzędem Dzielnicy a samorządem, bo wtedy dowiadują się nawzajem o występujących problemach i można przyspieszać różne decyzje. Były okresy kiedy urząd nie chciał współpracować z samorządem osiedlowym, ale potem pracownicy urzędu zorientowali się, że ta współpraca im się opłaci np. przy odbiorze wykonanych prac remontowych, gdy miejscowi działacze samorządowi wskazywali im bezbłędnie i szybko wszystkie niedoróbki.

I.K.: Jak pracuje się w Radzie Miasta?

M.Cz.: Również pracuje się w grupach, ale przede wszystkim dzieje tam się bardzo dużo. W mieście o budżecie liczonym w miliardach nie sposób jest wiedzieć o wszystkim. . Ja np. nigdy nie działałam w sprawach oświaty, nie znam się na tym, więc polegam w tych sprawach na kolegach z klubu, którzy pracują w takich komisjach i dobrze się w tych tematach orientują. Czasem zarzucają nam, że nie ma kogoś na sesji, albo że wynik głosowania jest wcześniej ustalony – no tak, ale pracuje się i dyskutuje, proponuje poprawki w komisjach, a na sesji już tylko głosuje. No i występuje w przemówieniach politycznych. Gdy zna się listę obecności, to wynik głosowania jest dla wszystkich znany z góry A polityką zajmują się tylko niektórzy radni, więc wygląda to dla postronnego obserwatora, na co najmniej dziwne, że ciągle te same osoby zabierają głos. Również w naszej radzie częściej zabierają głos ludzie z PiS-u niż z PO, ale to jest właśnie prawo każdej opozycji, że nie mając większości i nie mogąc przegłosować swoich wniosków, nie ustaje w słownych atakach. Od tego jest opozycja by negować to co robi ten co rządzi. Bywają jednak sytuacje, gdy cała rada zgodnie głosuje. To w sprawach takich jak krzywdzące Janosikowe, albo w przypadkach konfliktów mieszkańców z Urzędem w sprawach zagospodarowania przestrzennego. Nie przypominam sobie przypadku ,by radni nie stanęli zgodnie po stronie protestujących mieszkańców. Oczywiście ogromnie upraszczam.

I.K.: Czy doświadczenia z Rady Dzielnicy czy Rady Miasta przekładają się na Pani działania w Radzie Osiedla?

M.Cz.: To oczywiste. Dobra, rzetelna informacja jest niesłychanie cenna. W samorządzie Saskiej Kępy w każdej kadencji był przynajmniej jeden radny, najczęściej kilku. Taka sytuacja dobra była dla samorządu, bo radni pomagali w sprawach wymagających interwencji w Urzędzie, a samorząd przekazywał radnym informacje o problemach na SK, których pojedynczo nie byli by w stanie zebrać.

I.K.: Jak zmieniła się Saska przez lata?

M.Cz.: Zmieniła się, ludzie inaczej funkcjonują. Rozluźniają się związki międzyludzkie. Jest taki nowy dom przy ul. Niekłańskiej, planujemy złożyć tam wizytę, poznać mieszkańców. Kiedyś wszyscy się na Kępie znali, pracowało się na opinię, która kształtowała się przez pokolenia. Dzisiaj nowe budynki wyrastają jak wyspy, trudno poznać ludzi, widzi się tylko wjeżdżające i wyjeżdzające samochody z ledwie widocznymi sylwetkami ludzi. Oni zaś często nie wiedzą zupełnie co się tu dzieje. Np. że sąsiedzi nazywają ich dom PoMomocie, czyli że mieszkają w PoMomociu.

I.K.: Jak często spotyka się Rada Osiedla?

M.Cz.: Spotkania odbywają się w miarę potrzeb, a raz na kwartał obowiązkowo. Część osób w międzyczasie się wykrusza. Moim zdaniem w Radzie działa za mało osób. Jeżeli nie mamy ciała wykonawczego, to powinno nas być więcej, trzeba protokołować, zawozić listy, załatwiać różne sprawy. Powinno być więcej osób, żeby to sprawnie ogarnąć. Teraz w kilkanaście osób jest trochę trudno, czasem nie ma kiedy pojechać na spotkanie w urzędzie czy na posiedzenie komisji. W Radzie są ludzie w różnym wieku. Na szczęście.

I.K.: Jak widzi Pani rozwój imprezy jaką jest Święto Saskiej Kępy?

M.Cz.: Moim zdaniem święto będzie ewoluowało, dostosowywało się do oczekiwań mieszkańców. Urząd powinien zapewniać scenę, zezwolenia, natomiast treść należy do ludzi – stowarzyszeń, fundacji, indywidualnych inicjatyw. Chodzi o to, żeby ludzie uważali to święto za swoje . Stołeczna Estrada wycofała się już z organizacji. Moim zdaniem powinno być tak, że różne działania podejmowane w ciągu całego roku mają zwieńczenie podczas święta. Przy okazji chciałabym, żeby weszły w to szkoły, młodzież. Taka wspólna impreza powinna stanowić wzorzec dobrego smaku, dobrego wychowania. Moim marzeniem, trochę śmiesznym, bo nie jest to sztuka przez duże S, jest zorganizowanie konkursu na balladę dziadowską o Saskiej Kępie. Wszyscy potrafiliby i napisać i zaśpiewać takie dzieło. Oczywiście celem nie jest powstanie ballady, celem jest integrowanie się mieszkańców podczas wspólnej zabawy. Dlatego bym chciała, aby podczas Święta Saskiej Kępy poza występami było miejsce i czas na te wspólne zabawy

I.K.: Dlaczego przedstawicieli samorządu Saskiej Kępy nie ma w zespole decyzyjnym budżetu partycypacyjnego?

M.Cz.: Czujemy się z tym głupio. Z samorządów z Pragi Południe są przedstawiciele trzech (na osiem działających w dzielnicy – red.). Przyszło do nas pismo dotyczące powołania zespołu zaznaczające , że z każdego samorządu osiedlowego może być powołany jeden przedstawiciel, trzeba było się zebrać, uchwalić kto będzie oddelegowany, ale na to nie było czasu. Myśleliśmy, że ostatecznie z każdego samorządu będzie jedna osoba z automatu, ale okazało się, że nie. Może coś przeoczyłam, nie wiem jak to się wydarzyło. W tej chwili radni dzielnicowi wykazują się bardzo dużą aktywności i łatwo coś przegapić. Ustanowiono inne zasady i my się trochę nie połapaliśmy.

I.K.: Jak wygląda sprawa zabudowy skwerów na Saskiej Kępie?

M.Cz.: Oby nie były zabudowane! Jest taka metoda, może nie zawsze skuteczna, ale może być pomocna, mianowicie metoda nazywania skwerów. Kilka razy miała już miejsce walka o nadanie nazwy skwerom, wtedy są większe szanse, że ocaleją.

I.K.: Jakie są Pani zdaniem główne problemy, z którymi boryka się Saska Kępa?

M.Cz.: Na Saskiej Kępie problemem jest dogęszczanie zabudowy i wszechobecne dzikie parkingi. Wszystko inne można prędzej czy później załatwić, ale ulic się nie rozciągnie. Istniejąc prawo nie wcale nie pomaga w rozwiązaniu tego problemu Np. na Kępie jest bardzo dużo biur w lokalach mieszkalnych, nie ma przepisów określających, że tego nie wolno robić. To generuje przypływ samochodów, które nas już zupełnie zastawiają.

I.K.: Dziękuję za rozmowę.